komiks

Komiksowy maraton czyli czytamy hurtowo #22 (Egmont)

Dzisiejszy maraton upłynie pod wezwaniem perypetii bohaterów Gotham oraz Deadpoola i jego towarzyszy. Z jednym małym wyjątkiem.

Deadpool #6: Deadpool się żeni, scen. Brian Posehn, Gerry Duggan i inni, rys. Scott Koblish, Mike Hawthorne i inni, Egmont 2017.

I tak dobrnęliśmy do bardzo dziwnego momentu w serii o przygodach Pyskatego Najemnika. Uroczego, sympatycznego, ale nieskładnego. Run Briana Posehna i Gerry’ego Duggana miał swoje średnie i lepsze momenty, najnowszy tom należy raczej do tych pierwszych, ale zdarzają się przebłyski.

Chaos był nieunikniony. Jak inaczej można odebrać wieść, że jedna z najbardziej szalonych postaci w uniwersum Marvela staje na ślubnym kobiercu? Z drugiej strony – kandydatka na żonę (w zasadzie to już się pobrali, ale pewnych formalności trzeba dopełnić), poznana w poprzednim tomie Shiklah – dotrzymuje Deadpoolowi pola, zarówno jeśli chodzi o rzeźnickie możliwości, jak i specyficzne podejście do moralności. W końcu to królowa podziemi jednym skinieniem posyłająca do walki zastępy demonów.

To mogły być perełki błyszczące czarnym humorem, niestety nie do końca się udało. O ile przygotowania i samo wesele to po prostu sympatyczne ukoronowanie romantycznej komedyjki sprezentowanej w poprzednim tomie, o tyle reminiscencje z wieczoru kawalerskiego nie do końca zdają egzamin. Z cudownego festiwalu rozpusty i upadlania, jaki zwiastowała impreza Deadpoola zostało kilka-kilkanaście kadrów, resztę poświęcono na historyjki około-romansowe związane z dawnymi przygodami Wade’a. Niektóre, trzeba przyznać, potrafiły poruszyć, ale inne to trochę zapchajdziury. Na koniec dostajemy jeszcze wyjaśnienie, skąd wzięły się głosy w głowie bohatera, nim zniknęły na początku runu Posehna i Duggana. Zapamiętajcie ją, bo jeszcze rzuci się cieniem na serię ukazującą się po nadciągającym Secret Wars. W międzyczasie dostajemy też przygodę z odległej przeszłości, w której Wilson wraz z Nickiem Furym poluje na znanego skądinąd tyrana i zbrodniarza.

Na rysunki przyjemnie się patrzy, są mniej napakowane, niż średnia superbohaterska przewiduje, ładnie łapią drapieżny urok Upiornej Panny Młodej i przymrużenie oka charakterystyczne dla całej serii. Bohaterów da się lubić, Deadpoolowi – współczuć i kibicować. Problem w tym, że ciężko złapać rytm, bo w lekturę wkrada się chaos – z jednej strony ślub, z drugiej tona retrospekcji, do tego Annual i kolejna „zagubiona historia”. Antologia pojedynczych zeszytów bywa świetną sprawą (wciąż czekam na wydanie Moon Knighta Warrena Ellisa w Polsce), ale tutaj mamy do czynienia z chaosem. Którego paradoksalnie nie dało się uniknąć, jeśli nie chcieliśmy stracić ciągłości opowieści.

Ocena: 60%

Thunderbolts #4: Bez litości, scen. Charles Soule, rys. Carlo Barberi, Paco Diaz Luque, Kim Jacinto, Egmont 2017

Biedni Thunderboltsi. Im dalej w las, tym bardziej widać, że z omawianym wcieleniem drużyny było coś nie tak już na samym etapie konceptu. Teoretycznie powinno to grać i śpiewać, mamy bowiem do czynienia ze zbieraniną najwredniejszych twardzieli orbitujących w szarej strefie moralności Marvela.

Czerwony Hulk, Electra, Punisher, Deadpool, Venom, Ghost Rider (i Red Leader oraz Mercy). Większość z tych postaci sprzedaje się praktycznie sama, napędza dzikie akcje, czasem nawet – z trudem, ale jednak – szokuje czytelników. A to bezczelnym humorem, a to bezwzględnością. Jednak w połączeniu – wszyscy płowieją. Między tymi bombami wydawniczymi nie zachodzi niemal żadna reakcja chemiczna. Początkowo można to było zrzucać na nierównego scenarzystę, Daniela Waya, ale jego następca Charles Soule podbija poziom nieznacznie, choć widać, że robi, co może.

Tym razem ekipa generała Rossa wybiera się na dno piekła, by pozbyć się Mercy – tajemniczego bytu przynoszącego śmierć i ukojenie, gdziekolwiek się nie zjawi. Ta część albumu potrafi być nawet zabawna, ma znośną puentę, a nowy nabytek w drużynie – Ghost Rider – odrobinę podgrzewa atmosferę. Następna historia ma dużo mniej sensu, choć trzyma klimat kiczowatej wyprawy wgłąb dżungli rodem z kina lat akcji lat ’80.

Dają radę rysunki Carlo Barberiego, Paco Diaza Luque i Kima Jacinto. Są dynamiczne, żywe – i spójne. Idealne do akcyjniaka utrzymanego w specyficznej tonacji.

Problem w tym, że Thunderbolts to wciąż ledwie letni, odgrzewany kotlet. Pomijając obecność Mercy i kilka zabawnych scen z udziałem władcy piekieł starania Soule’a niewiele przynoszą. Scenarzysta trafił na wyjątkowo niewdzięczny materiał, który tylko pozornie wyglądał na kuszące wyzwanie. W końcu kto nie chciałby naprawić niedokończonej roboty i pokazać, że potrafi opowiedzieć historię grupy ludzi balansujących na krawędzi dobra i zła. Tu prawdopodobnie u zarania była nawet jakaś teza, ale niewiele z niej wynikało, dlatego Soule nie bardzo miał nawet co ratować. Na szczęście następny tom będzie już pożegnaniem z obecnym składem Thunderboltsów.

Ocena: 55%

Podboje 1: Horda Żywych, scen. Sylvain Runberg, Francois Miville-Deshenes, rys. Francois Miville-Deshenes, Egmont 2017

Podboje to nowy komiks przygodowo-wojenny z nutką historii w tle, sprezentowany nam przez Egmont.

Opowieść pióra belgijskiego scenarzysty Sylvaina Runberga zabiera nas w realia relatywnie rzadko odwiedzane na łamach historyjek obrazkowych. Przenosimy się bowiem w głęboką starożytność do czasów Hammurabiego, kiedy Scytyjskie plemiona toczą wojnę z hetyckimi najeźdźcami. Wydarzenia obserwujemy z perspektywy ślicznej i dzielnej kronikarki, która przybyła do obrońców z polecenia wspomnianego władcy.

Właściwej fabuły nie ma tu jakoś przerażająco wiele. Dostaniemy za to sporo ładnie narysowanych cycków, przemocy batalistycznej i przemocy rytualnej oraz ciekawie zarysowane i opowiedziane tło. Można tu dostrzec echa filozofii, jaka przyświeca serialowi Wikingowie. Wierność historii złożono więc na ołtarzu plastyki i nastroju. Jeśli nie jesteś fanatykiem realizmu, kupisz to spokojnie i bez zgrzytów.

Powoli i nieśpiesznie zarysowuje się nam bohaterów, wychodzą spomiędzy szwadronu postaci tła i statystów. Może to kwestia formatu, ale przynajmniej kilkoro z nich aż prosiło się o parę dodatkowych paneli na wyłączność – i to nie tylko dlatego, że są dobrze narysowani. Reprezentują strzępki całkiem ciekawie przedstawionych kultur i wymarłych ludów (nawet jeśli niektóre z nich mogły w ogóle nie istnieć…) i potrafią pokazać pazur. Reprezentują też nieco odmienną mentalność i moralność.

Horda Żywych to całkiem intrygujący wstęp do kilkuczęściowej historii o wojnie. Warto po niego sięgnąć w nadziei, że twórcy rozwiną swoje pomysły w następnych tomach. A tymczasem cieszmy się klimatem i rysunkami.

Ocena 70%

Batman: Detective Comics #7: Anarky. scen. Francis Manapul, Brian Buccellato, Benjamin Percy, rys. Francis Manapul, Roge Antonio, John Paul Leon, Egmont 2017

W historiach o Batmanie zawsze krył się spory potencjał, udowadniali nam to twórcy dawniej i dziś. Niestety, nie zawsze jest to wykorzystywane tak, jak należy – niech za przykład posłuży siódmy tom Batman: Detective Comics.

Niby wszystko jest na miejscu. Mamy tu trzy potencjalnie nośne historyjki, następujące po sobie. Daniem głównym jest starcie ze złoczyńcą Anarkym, a w dwóch pozostałych historiach mamy do czynienia raczej z płotkami w stylu Calendar Mana (wyjątek stanowi gościnny występ Edwarda Nygmy).

Niewątpliwą zaletą każdej z opowiastek jest fakt, że trzymają się poziomu ulicy. Żadnych epickich pożarów na całe miasto czy nadmuchanych konspiracji większych niż życie. Tylko Batman i przestępcy, ich wyzwania, czasem tajemnice. A czasem zagrożenie terrorystyczne na lotnisku. Siódmy tom Detective Comics to właściwie trzy komiksowe opowiadania o bardzo różnym poziomie. Pierwsze jest najrówniejsze, stawia na ładną kreskę w stylu ikonicznych dokonań Millera. Druga broni się tylko nastrojem, natomiast trzecia – puentą.

Jest w tym wszystkim jakiś klimat, parę ciekawych pomysłów, ale historie opowiedziano po łebkach. Na odczepnego. Śledztwa pozbawione są konsystencji, dialogi pisane tak sobie i bez przekonania. Niektóre smaczki mogą się okazać atrakcją dla ludzi, którzy chcą powyłapywać odniesienia do głównej serii o Nietoperzu pisanej przez Scotta Snydera.

To wszystko mogło wyjść znacznie lepiej i żywiej, a tak… Dla Batmana i paru momentów można wprawdzie sięgnąć po komiks, ale nie nastawiałbym się na porywającą lekturę.

Ocena: 60%

Wojna Robinów, scen. Tom King, Ray Fawkes, Lee Bermejo i inni, rys. Khary Randolph, Mikel Janin, Steve Pugh i inni, Egmont 2017

Wielu poddaje w wątpliwość, czy Robin znaczy wiele bez Batmana. Po Ostatecznej Rozgrywce, która posłała Bruce’a Wayne’a na zasłużony urlop – czytelnicy wreszcie mogą się o tym przekonać w samodzielnym tomie Wojna Robinów.

Starcie z Jokerem odstawiło Batmana na boczny tor. Jego następca, Jim Gordon w mechu z symbolem nietoperza (pomysł Snydera) ma związane ręce – jest tylko wyszkolonym gliniarzem zapakowanym w robota. Inicjatywę muszą przejąć więc Robini. Początkowo są to jednak dzieciaki wykorzystujące symbol pomocnika Nietoperza, a nie Dick Grayson, Tim Drake, Jason Todd czy Damian Wayne. Jeden z „amatorów” uczestniczy w incydencie, który ostatecznie przekonuje władze Gotham, by przepchnąć uchwałę wprowadzającą restrykcje wobec Robinów. Każdy, kto nosi R lub czerwień – z miejsca zostaje uznany za przestępcę. Już okładka komiksu sugeruje, kto macza palce w tej intrydze. Grayson i reszta wychowanków Bruce’a Wayne’a musi wkroczyć do akcji – i ponieść konsekwencje.

Scenarzyści bardzo ładnie rozgrywają różnice w temperamentach poszczególnych pomocników Batmana i na nich budują chemię między postaciami, doprawioną całkiem ładnie ogranym patentem ze szkoleniem rekruta. Całość utrzymuje w ryzach całkiem przyzwoita, choć nieporywająca intryga z paroma znośnymi zwrotami akcji i niezłym, choć niezbyt zaskakującym zwieńczeniem. Po drodze zdarza się parę potknięć i fragmentów, które znalazły się w tomie tylko z powodu obowiązku wydawniczego, ale z drugiej strony – nieźle podkreślają koloryt Gotham.

Rysunki dają radę i mimo różnic w stylach utrzymują klimat oraz pewien poziom spójności. Nikt nie wypada tu słabo, ale nie ma też zachwycających oczy paneli. Po prostu przyzwoita, rzemieślnicza robota z przebłyskami.

Wojna Robinów stanowi sympatyczne uzupełnienie tego okresu w Nowym DC Comics, kiedy Batman zniknął ze sceny i postacie naokoło niego musiały sobie jakoś radzić. Czytelnik dostaje sympatyczną nawalankę z lubianymi postaciami i paroma tajemnicami do rozwikłania. Przyzwoita pozycja na letni wieczór.

Ocena: 65%

Wieczni Batman i Robin, tom 1, scen. James Tynion IV, Scott Snyder i inni, rys. Tony S. Daniel, Paul Pelletier, Scot Eaton i inni, Egmont 2017.

Na zakończenie dzisiejszego maratonu – druga pozycja opowiadająca o Robinach spuszczonych ze smyczy Nietoperza. Pozycja nawiązuje do monumentalnego, ale rozłażącego się w szwach Wiecznego Batmana. Tym razem dostajemy jednak bardziej zwarty i spójny produkt.
Wieczni Batman i Robin to historia poświęcona temu, jak Tim Drake, Dick Grayson i Jason Todd wpadają na trop brudnej tajemnicy z przeszłości Nietoperza. Tajemnicy łączącej go z bezwzględną handlarką żywym towarem znaną jako Matka. Wszystko zaczyna się, gdy Grayson, pierwszy z Robinów zostaje zaatakowany podczas wykonywania zadania dla organizacji, z którą obecnie współpracuje.

Fabuła ładnie bawi się dosyć szczególnym motywem z mitologii Batmana – pomocnikami stojącymi w jego cieniu. Sporo miejsca poświęcono tu lękom, obawom i kompleksom, jakie gnębią Robinów, dzieciaków wspierających budzący grozę wśród przestępców pomnik. Ile są naprawdę warci? Który z nich najlepiej przysłużył się Nietoperzowi? Te pytania musiały gnębić podobne postacie – i ich fanów – już od dawna. Ekipa scenarzystów Jamesa Tyniona IV i Scotta Snydera postanowiła zbudować wokół tego całkiem zgrabną intrygę. Pewnie, czasem przeskoki są zbyt gwałtowne i przez to wkrada się odrobina chaosu, ale i tak całość – póki co wydaje się spójniejsza niż poprzednia próba zmierzenia się z tygodniowym cyklem wydawniczym. Niektóre sceny pozytywnie zaskakują poziomem dialogów, inne po prostu trzymają się znośnej średniej.

Przełożenie na odbiór ma też bardziej jednolita oprawa wizualna albumu. Choć artyści miewają różne temperamenty – i czasem rzeczywiście widać pośpiech w ich pracach – to jednak całość ładnie się ze sobą zgrywa i nie wybija zbyt przaśnymi kolorami czy awangardowymi odchyłami nie do końca pasującymi do konwencji.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale tym razem wygląda to lepiej, niż przy poprzednim „wiecznym” projekcie. Mniej tu bałaganu, postaci pobocznych i rysunków nieprzystających do klimatu – więcej ciekawej i spójnej historii z intrygującym przeciwnikiem i paroma znajomymi twarzami złoczyńców w tle. Dla miłośników komiksów z DC Wieczni Batman i Robin mogą okazać się całkiem przyjemną odskocznią od wielkich wydarzeń prowadzących powoli inicjatywę Nowego DC Comics ku końcowi.

 Ocena: 65%

Kategorie
komiks
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Lektura jeszcze przed nami, ale jak ślicznie to wygląda. A i sama fabuła zapowiada się pysznie. Koniecznie sprawdźcie.

#komiks #czytam #czytambolubie #comics #comicbook #instacomics #instaread #comicstagram #comicsaddict #fanboy #ilovereading #comicnerd #design #favele #Mandioca
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry