komiks

Komiksowy maraton czyli czytamy hurtowo #19 (Taurus Media)

Dzisiejszy maraton z komiksami wydawnictwa Taurus Media sponsorują głównie potworni przedstawiciele płci męskiej.

Z pozoru oferta Taurus Media na Komiksową Warszawę wydaje się skromna – ot ledwie trzy komiksy. Na całe szczęście, jeśli  chodzi o samą jakość, co najmniej dwa z nich powinny z nawiązką zaspokoić czytelnicze oczekiwania.

Pinokia. Scenariusz: Francis Leroi. Rysunki: Jean-Pierre Gibrat. Taurus Media 2017

„Pinokia” trafiła w moje ręce siłą rozpędu, myślałem, ze dostanie komiks inny recenzent, dostałem ja. No i… sam do końca nie wiem, co o tej obrazkowej powiastce napisać.

Okładka i tytuł  wszystko już sugerują. Biuściasta pannica w otoczeniu lalek i stolarskich narzędzi to jawne nawiązanie do klasyki literatury światowej, czyli do „Pinokia” Carlo Collodiego. Warto tu nadmienić, że jedną taką trawestację jakiś czas temu dostaliśmy w postaci komiksowego albumu Winshlussa, będącego skądinąd dziełem doskonałym. Niestety, takim nie da się nazwać pracy Gibrata i Leroi. Zresztą, trzeba uczciwie przyznać, że panowie raczej takich ambicji nie mieli.

A jeśli już jakieś chcieli tu zawrzeć, to chyba głównie chodziło o stworzenie (przy czym wydaje się że z pełną premedytacją)  jednej z najgłupszych, komiksowych fabuł. Po prostu – stary kawaler Gruchetto cierpiący z powodu samotności i nie tylko, zamarzył sobie wystruganie, w tym przypadku zamiast małego chłopca,  drewnianej i apetycznej z wyglądu lali. W tym określeniu – drewniana lala – zawiera się cały dramat nieszczęsnej bohaterki komiksu, ponieważ tak właśnie traktują ją niemal wszyscy, męscy bohaterowie tej historii. Pinokia (z czasem) pragnie miłości, a głównie zmuszana jest do uprawiania seksu. A przy tym, kiedy kłamie, zaczynają jej rosnąć piersi, co dla bohaterki staje się powodem napadów frustracji. Brzmi niedorzecznie? Owszem, bo takie jest. Jest jednak jedno ale.

„Pinokia” to trochę połączenie okrutnych fabuł markiza de Sade’a, z tymi wypracowanymi przez Dickensa, z doświadczającymi wielu przeciwności losu bohaterami w rodzaju Dawida Copperfielda. W jakimś stopniu to także komiks drogi, do którego, jeśli nie podejdzie się z dystansem, może zrobić na czytelniku bardzo złe wrażenie. Na pewno jak na dzisiejsze czasy całkowicie niepoprawny politycznie, ale tak pomysłowo skonstruowany, że raczej wywoła u czytelnika uśmiech politowania, niż święte oburzenie. Po prostu – twórcy są tu mistrzami asekuranctwa. Niby epatują, a tak naprawdę robią sobie jaja. Pomaga w tym sama grafika – nie tak angażująca jak powiedzmy Manary czy Crepaxa, powiedziałbym poprawna, bezpieczna. Dziwny to album, coś w rodzaju męskiej fanaberii, a przy tym mężczyzn, w większości napalonych tu i obleśnych – udanie wyśmiewający. A zatem – może być, ale raczej nie więcej.

Undertaker #3: Ogr z Sutter Camp. Scenariusz: Xavier Dorison. Rysunki: Ralph Meyer. Taurus Media 2017

We Francji to już wielki, komiksowy przebój. U nas dobrze wiemy, że nie sprzeda się w wielotysięcznym nakładzie, ale i tak powinien ucieszyć fanów nie tylko komiksowego westernu (czy raczej modern westernu). Dorison bowiem przy „Undertakerze” wyraźnie się bawi, łączy gatunki, proponuje nietypowe rozwiązania – wszystko po to, by swej westernowej opowieści nadać powiewu świeżości. I nie jest to może jeszcze poziom porównywalny z filmowymi wyczynami Tarantino, ale czuć, że Dorison pragnie wykrzesać z tej formuły jak najwięcej dobrych, zaskakujących elementów. Takich, które zagrały znakomicie choćby w filmowym „Bone Tomahawk„.

O tym, że będzie nieszablonowo świadczy już tytuł trzeciego tomu o hardym grabarzu. „Ogr z Sutter Camp”  bardzo mile dźwięczy w głowie i wywołuje ciekawe konotacje. Szkoda jedynie, że brak tych konotacji na okładce – ta jakoś specjalnie nie angażuje, ani nie zapowiada szczególnych atrakcji. Na całe szczęście wspomniany tytuł wcale nie jest zbitką słowną rzuconą na wiatr. Tak, to prawda – będziemy mieli do czynienia z potworem. Przekonujemy się o tym juz na pierwszej planszy – twórcy jednak tak umiejętnie i zdawkowo podsycają naszą ciekawość, że do pierwszej konfrontacji i w ogóle do pierwszego pojawienia się tytułowego ogra, musi minąć trochę czasu.

Wcześniej poznamy dalsze losy niezwykłej grupki, czyli tytułowego bohatera i dwóch pań, z którymi ów podróżuje przez Dziki Zachód. Trójkąt to nietypowy i z tego układu twórcy starają się wykrzesać jak najwięcej. Dzięki temu mamy w komiksie sporo sytuacyjnego humoru, który rozładowuje napięcie. A napięcia, trzeba przyznać jest tu mnóstwo, niczym w rasowym thrillerze. To też w zasadzie główna zaleta najnowszego tomu „Undertakera” – to bardziej thriller niż western.

Dlatego też nie ma sensu opisywać w recenzji kolejnych zakrętów fabularnych, niech czytelnik sam czerpie przyjemność z ich odkrywania. A przyjemności i emocji jest co niemiara, ogr robi konkretne wrażenie, im dalej w las, tym bardziej komplikuje się sytuacja bohaterów, a fabułę napędzają świetnie tu rozegrane kontrasty i to nie tylko gatunkowe. Zaskakiwani jesteśmy nie raz i aż żal, że na kolejną odsłonę trzeba będzie czekać znowu około roku. O tak, ten album wyjątkowo udał sie Dorisonowi i Meyerowi. No i sam potwór wcale nie jest jednowymiarowy. Jest dramatycznie, może i trochę efekciarsko, ale to po prostu bardzo dobra, mięsista historia. I to nie tylko dla wielbicieli westernów.

Okko #3: Cykl Powietrza. Scenariusz i rysunki: Hub. Taurus Media 2017

Od pierwszego albumu serii  stworzonej przez Huba nie miałem zbyt dużych oczekiwań – ot spodziewałem się poziomu znanego z „Fantasy Komiks”. Po raz kolejny musiałem później przyznać, że Taurus Media bardzo uważnie dobiera tytuły do swej oferty. „Okko” okazało się świetnym uzupełnieniem dla „Usagiego Yojimbo”, równie wnikliwie penetrując japońskie zwyczaje i hojnie czerpiąc  z wierzeń i mitologii Kraju Kwitnącej Wiśni . I podczas  gdy dzieło Stana Sakai nie wywołuje już w ostatnich tomach wielkich emocji, to „Cykl Powietrza” dostarczył mi ich ogrom.

To pomysłowo i precyzyjnie skonstruowana dylogia, którą mamy szczęście czytać w całości – trudno mi określić jak bardzo bym się wzburzył i niecierpliwił po zakończeniu pierwszego części niniejszego cyklu, gdybym przykładowo musiał czekać  na nią przysłowiowy rok. Jest tu bowiem pod koniec dramatyczny pojedynek, są sprzeczne informacje co do jego finału, jest mrok, szaleństwo, tajemnice z przeszłości tytułowego bohatera, po prostu jest moc. A sam Hub sprawuje się tu niczym demiurg, który nie ma zamiaru litować się nad żadnym z bohaterów. Ani nad żadnym z czytelników, stosując bardzo dobrze działające, narracyjne sztuczki.

Zawiązanie fabuły jest tu niczym w „Wiedźminie”, tym pierwszym, napisanym ponad trzydzieści lat temu, w którym bohater wkraczał do grodu przez Bramę Powroźniczą. Tu mamy dla odmiany przejście bohaterów przez most i od razu zapowiedź przyszłego, zapewne nieuniknionego pojedynku. Potem zaś poznajemy młodą, arystokratyczną damę trapioną najpewniej jakąś mroczną klątwą – matce dziewczyny Okko obiecuje pomoc. Zaraz chciałoby się napisać, że pojawia się strzyga, ale nie, nie zapędzajmy się.  Co jest istotne, to fakt, że następnie wszystko dla naszych bohaterów układa się zupełnie nie po ich myśli, co równa się zmierzeniu z najpotężniejszym jak dotąd, potwornym w swej skuteczności  przeciwnikiem. I to będzie cholernie dramatyczne starcie.

Na szczęście czas także na chwilę zadumy, chwilę refleksji. Te pojawiają się wraz z wątkiem starego już Tikku i jego ucznia oraz z obrazem latawca, który odegra tu niebanalną rolę. To historia, która chyba nikogo nie pozostawi obojętnym, w jednakowym stopniu dynamiczna i emocjonująca, co wzruszająca. Kolorystycznie – szczególnie w scenach skąpanych w szarościach walk, to po prostu klasa sama w sobie. Jak dotąd, najlepszy album serii.

Kategorie
komiks
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz