komiks

Komiksowy maraton czyli czytamy hurtowo #17 (Timof Comics)

Dzisiejszy komiksowy maraton z wydawnictwem timof i cisi wspólnicy sponsorują komiksowe potrawy i cała zgraja paradoksów.

Timof w maju zasypał fanów komiksami. Wszystko z tego zestawu ciężko obrobić, zwłaszcza jeśli obiecało się recenzje na Komiksową Warszawę. I tak zaledwie trzy komiksy z tego pakietu to około tysiąc stron czytania i zarazem dwudniowa strawa duchowa, która zapewniła wiele pozytywnych wrażeń. Oto zatem to, co złożyło się na tę ucztę.

Sycąca przystawka, czyli:

Księżycowi Marzyciele. Scenariusz: Cedric Villani. Rysunki: Edmund Baudoin

Druga wojna światowa to niewyczerpana kopalnia wydarzeń, tematów, tragedii i cudów. Naznaczyła też swym piętnem kolejną połowę XX wieku, a wielu istotnych obywateli świata zmusiła do heroicznych wysiłków, by świat nigdy już nie doświadczył podobnej hekatomby. Twórcy „Księżycowych Marzycieli” podchodzą do tematu nieco od innej strony niż moglibyśmy się spodziewać, budując fascynujący łańcuch współzależności, momentami cofając się w czasie daleko przed wojnę, wskazując napędzające ją wydarzenia i nurty, szukając dramatów oraz ukrytych przed ludzkimi oczami  nietypowych bitew w nietypowych miejscach.

Bohaterami są tu wybitni naukowcy i myśliciele, a także jako jeden rodzynek pewien wyjątkowy wojskowy prosto z Anglii. Na pewno najbardziej rozpoznawalnym z tej grupki będzie Alan Turing, czyli ojciec informatyki i łamacz kodu Enigmy (spokojnie, autorzy nie zapomnieli o Polakach) i może jeszcze, przynajmniej z nazwiska (pewnie dzięki „Breaking Bad”) Werner Heisenberg. Ci dwaj idą w komiksie na pierwszy ogień i trzeba trochę czasu, by przyzwyczaić się do specyficznej narracji. To bowiem biograficzne, fabularyzowane wyimki z ich życia, mocno i odważnie zagłębiające się w „ja” bohaterów. Opowieść o Heisenbergu i grupce naukowców niemieckich akceptujących porażkę w wyścigu budowy bomby atomowej jest nieco chaotyczna i kapkę zbyt ekspresyjna, ale zarazem wyznacza dobry start dla późniejszych życiorysów. To nie jest w żadnym wypadku historyczny bryk, to porwanie się twórców (zawodowego matematyka i rysownika) na przedstawienie nam innej wizji świata, niż znamy z podręczników, czy nawet z przekoloryzowanych filmów. Coś w rodzaju nieopowiedzianych wcześniej historii, które bardzo zasługują na uwagę współczesnego człowieka.

Przy Turingu twórcy wciąż się rozpędzają i jednocześnie eksperymentują, włączając do opowieści wizualizowane, niecodzienne elementy życiorysu naukowca, którego hołubi dzisiejszy świat popkultury i informatyki ( i bynajmniej nie chodzi tu jedynie o kwestię orientacji seksualnej Turinga). Prawdziwa jazda zaczyna się w drugiej połowie albumu, wraz z sylwetkami węgierskiego Żyda (który sam określał się mianem Żyda Wiecznego Tułacza), dziś raczej zapomnianego myśliciela, Leo Szilarda oraz Hugh Dowdinga, oficera RAF-u. W przypadku tego pierwszego dochodzą do głosu prawdziwe emocje związane z powojennym wyścigiem zbrojeń, dochodzi odrobina metafizyki (bo Szilard potrafił zadziwiająco trafnie przewidywać przyszłe, historyczne wydarzenia). Dochodzą także chyba najbardziej istotne dla tego albumu paradoksy – bo przecież to opowieści o ludziach, którzy tworzyli naukowe podwaliny pod broń masowej zagłady, będąc jednocześnie nauce bezgranicznie oddanymi, wierzącymi w jej pozytywny wpływ na losy świata i przeżywającymi wewnętrzne katusze, kiedy służyła do strasznych celów.

Świetnym podsumowaniem tej opowieści o niezwykłych myślicielach, jest postać wprowadzona tu niejako z kontrapunktu – Hugh Dowding – którego rola w Bitwie o Anglię jest nie do przecenienia. To portret fascynującego człowieka, uciekający od stereotypów zafiksowanych na wojnie generałów bądź nieznośnych służbistów,  pokazujący wszelkie konsekwencje bycia odpowiedzialnym za życie (lub śmierć) tysięcy ludzkich istnień. Portret  dowódcy, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Więcej w tym komiksie jest tekstu, więcej gadania – pojawiają się nawet na planszach obaj twórcy „Księżycowych  marzycieli”, rozprawiający o swym dziele i jego niezwykłych bohaterach. Czarno-białe rysunki, często o charakterze symbolicznym pełnią  w zasadzie rolę pomocniczą przy wchłonięciu sążnistej treści, niż służą do podziwiania kreski. Jej rozchwiana prostota sprawdza się tu doskonale i podkreśla wymowę „Księżycowych marzycieli” . Jednocześnie ów patetyczny tytuł zyskuje nowy wydźwięk, w chwili gdy autorzy wyjawiają jego pełne, metaforyczno-etymologicze znaczenie, znowuż polegające na paradoksie. Arcyciekawy to album, do tego chyba z najuczciwszym przedstawieniem Polaków i ich roli podczas drugiej wojny światowej  – przedstawienie rzeczowe i uczciwe, uciekające od ekstremum, nikt nas tu nie lekceważy, ani też nie wychwala pod niebiosa, tylko pisze jak było. A było tak, że aż ciepło się robi na sercu.

Zniewalające danie główne, czyli:

Klatki. Scenariusz i rysunki Dave McKean

Trochę przyszło nam poczekać na ów album, ale cierpliwość została wreszcie wynagrodzona. „Klatki” pojawiały się od wielu lat na listach komiksowych must have, bo i przecież uznawane za opus magnum McKeana, a im dłużej nieobecne, tym bardziej legendarne. Prawda, można było szukać wydania anglojęzycznego, ale objętość tej ambitnej ponoć, zaczynającej się od ścian tekstu komiksowej cegły z lekka odstraszała, czemu pomagał również specyficzny styl artysty – trzeba było być gotowym na pięćset stron graficzno-kolażowych połamańców.  Ściany tekstu okazały się przekłamaniem, uderzały raczej na początku (a zazwyczaj przykładowe strony, to właśnie te początkowe), a same rysunkowe połamańce, charakterystyczne dla „Azylu Arkham” i okładek „Sandmana”, stanowią niewielką cześć albumu. No i wreszcie – tyle komiksów ukazuje się w ostatnich latach, że „Klatki” po prostu uleciały z pamięci.

Sam Dave Mckean też nie jest jakimś moim komiksowym guru – bardziej  w typie – się szanuje i podziwia, ale nie kocha (analogia przykładowo z Andrzejem Wajdą). No i teraz jest paradoks, bo po „Klatkach” twórczość McKeana można pokochać. Dlaczego? Ponieważ artystów, którzy porywają się ambitnie na to, by wytłumaczyć nam świat (wszechświat?) i jego działanie, nie jest znowu wielu. A prawdziwego artystę poznamy po tym, że kończąc jego działo, świat będzie wydawał nam się jeszcze bardziej niewytłumaczalny, niż był przed lekturą. Czy szaleństwo, niepokój, egzystencjalna ciekawość wespół z udręką mogą być piękne, mogą spowodować, że odkładając album, uronimy łzę? Otóż  ‚Klatki” są zdolne tak właśnie wpłynąć na czytelnika, są zdolne wzruszyć. To wzruszenie z rodzaju tych, które ogarnia nas na skutek obcowania z dziełem pokazującym rąbek prawdy. Tak, prawdy – po prostu.

Trudno w ogóle oddać w słowach wrażenie wywoływane przez „Klatki”, więc jeśli się wydaje, że recenzent prawi jakieś farmazony, to cóż, nie poradzę. Zapewne niektórzy czytelnicy mogą uznać komiks McKeana za  rzecz pretensjonalną – wszystko zależy od stopnia naszej wrażliwości. Nie ma też sensu opowiadać tu treści albumu, w Internecie znajdziemy wyczerpujący opis (budzący notabene fabularne skojarzenia z „Życiem. Instrukcją obsługi” Pereca. Coś jeszcze?

To komiks o artystach. I o kotach. Dla niektórych to połączenie powie już wszystko i wśród nich na pewno będą tacy, którzy się w „Klatkach” zakochają. Ten komiks to trochę eksperyment, trochę podróż, trochę naigrywanie się z Boga i częściowo ucieczka przed rzeczywistością. Podróż, której kierunku na pewno nie przewidzicie. W tym przewidywaniu można posiłkować się charakterystyczną, kolażową grafiką McKeana, można wyczuć wspólnotę z Gaimanem, ale Gaiman „Klatki” napisałby diametralnie inaczej. Są tu takie fabularno-symboliczne zakręty, które dotykają jakichś zapomnianych bądź nieużywanych strun w duszy, a wielką w tym rolę ma  w przeważającej części komiksu nietypowa, uproszczona kreska, z której wyłania się świat i ludzie jakby lekko przegięci w jedną stronę, jakby dosięgał ich czyjś podmuch, być może płynący wprost z ust nieistniejącego Boga. Bogowie, artyści, koty, nawet król, niebezpieczna książka, zagubiona dziewczynka i dużo muzyki – niczym w „Grze w klasy” Cortazara. I starsza pani, która opowiada swoje życie, a my wiemy lepiej od niej, że ono się skończyło. A potem okazuje się, że wcale się nie skończyło. Klatki?

Długi podwieczorek, czyli:

Mały wampir. Scenariusz i rysunki Joann Sfar

Okładka Wampira funduje nam rodzaj psychodelicznego deja vu. Przypomina nam coś, co już widzieliśmy, tylko w innych kolorach, ale z tą samą wampirzą facjatą, tu jednak jakby bardziej radosną. No tak, dopiero jak przyjrzymy się okładce uważniej, okaże się, że to „Mały wampir”, natomiast „Wampira” dostaliśmy od wydawnictwa Timof już jakiś czas temu – melancholijnego, przeżywającego dziwaczne przygody i miłostki Fernanda. Czy mały wampir to ten sam wampir? Najwyraźniej tak. Od wydawcy dostajemy we wstępie tłumaczenie, że mały wampir wziął się stąd, że dorosły wampir, zmęczony swą dorosłością zapragnął być dzieckiem. Zatem czy „Mały Wampir” został napisany po „Wampirze”? Kogo to właściwie obchodzi? Liczy się sama historia, uroczo-makabryczne rysunki Sfara, niesamowite przygody i poczucie humoru niczym ze starych, czarno-białych filmów. Z domieszką abstrakcji godnej twórców Kabaretu Starszych Panów, ale też czasami z dosadnością niczym z niewybrednego slapsticku. Tak, dzieciaki (duże komiksowe dzieciaki też) uwielbiają i dosadność, i abstrakcję. A „Mały wampir” aż kipi od tych składników.

Siedem tomów zebranych w tym wydaniu to swoistego rodzaju eksperyment. Mniejszy w wymiarze graficznym – bo to Sfarr, którego dobrze znany (może ciut bardziej psychodeliczny w dwóch ostatnich częściach). Natomiast jeśli chodzi o treść, więcej – o gatunkowe zabawy, „Mały wampir” prezentuje się w tym aspekcie wybornie. Kiedy po pierwszym i drugim tomie odnosimy wrażenie, że będziemy mieć do czynienia z ubranymi w nietypowe szaty dziecięco-edukacyjnymi opowiastkami, to im dalej w las, tym bardziej twórca nam odlatuje. Szczególnie zdumiewają dwie opowieści – ta o domu, który wydawał się normalny to po prostu kosmos. I jeszcze jest „Sen o Tokio”, w którym Sfar oddaje jawnie kpiący hołd kulturze współczesnej Japonii. A i psychodeliczna powieść o Świętym Mikołaju… a przepraszam, o Gwiazdorze, również miło ryje beret. Zaprawdę – fabularne urozmaicenia bardzo uatrakcyjniające lekturę.

W duży sposób uatrakcyjnia ją także partnerujący małemu wampirowi, równorzędny, dziecięcy bohater, czyli Michel, kumplujący się z tytułowym bohaterem i resztą jego na poły makabrycznej, na poły zabawnej ekipy zamieszkującej dom na odludziu położony niedaleko cmentarza. A przy tym w tych historiach jest również miejsce na nutę powagi, kiedy to w fabułę niespodziewanie miesza się śmierć. Sfar nie ucieka bowiem od poważniejszych akcentów, ale robi to z jedynym w swoim rodzaju wdziękiem, uczciwie i szczerze, bo i przecież świat dziecięcych wyobrażeń nie jest wolny od cienia kostuchy. Tu mamy jeszcze jeden paradoks – bo śmierci nie boi się mały wampir, dawny (przyszły?) Fernand, będący swoistym odpowiednikiem Piotrusia Pana, który zmęczony latami dorosłej nieśmiertelności uciekł do dziecięcego wcielenia. Choć może było na odwrót, wcale nie tak, jak poinformował nas wydawca? Nieważne, przygody zarówno dorosłego jak i małego wampira to doświadczenie z rodzaju pokrzepiających – i serce, i naszą inteligencję i w ogóle wiarę w bardziej subtelny wymiar świata i sztuki. Odprężające i skłaniające do refleksji. Cudowne połączenie – w sam raz w ramach długiego podwieczorku. Oby tylko nie trwał on tyle, co ten u Szalonego Kapelusznika.

Kategorie
komiks
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz