komiks

Komiksowy maraton czyli czytamy hurtowo #18 (Egmont)

Dzisiejszą edycję hurtowego czytania sponsorują superbohaterowie i ich dworskie intrygi na skalę kosmiczną.

Batman #8: Waga superciężka. Scenariusz: Scott Snyder, Brian Azzarello. Rysunki: Greg Capullo, Jock. Egmont 2017

Po nowe tomy “Batmana” Scotta Snydera sięgam z myślą: “co on też znowu tu wymyśli”. Dostrzegam u siebie niezdrową ciekawość kolejnymi, wyjętymi z kapelusza pomysłami tego autora, które kompletnie dominują fabułę. Ale co zrobić?

Po wydarzeniach z “Ostatecznej rozgrywki” Batman “nie żyje”, a jego miejsce musi zostać obsadzone, bo przestępczość w Gotham nie próżnuje. W dawnych czasach pod peleryną skrywali się Dick Grayson i Azrael, teraz tytuł Mrocznego Rycerza przypadł Jimowi Gordonowi. Ponad pięćdziesięcioletni, fizycznie zardzewiały dobry glina z nałogami przywdziewa supernowoczesny egzoszkielet i wyrusza w miasto by siać postrach. Snyder w tym albumie próbuje odpowiedzieć na pytanie czy Batmana da się zastąpić. Z góry wiadomo, że nie. Wielu scenarzystów przerabiało to już wcześniej na inne sposoby, a Snyder w tym temacie nie grzeszy zbytnio oryginalnością. Za to jego wersja nowego Batmana jest bardziej classy i trendy, akcja dynamiczniejsza, a fabuła wręcz teledyskowa. Najbardziej boli fakt, że Gordon został dopasowany do opowieści, a nie odwrotnie. Nagle zatem były komisarz staje się bystrzejszy, zwinniejszy, ma poczucie humoru i zupełnie inaczej patrzy na świat. NIestety jedno do drugiego nie pasuje.

Druga sprawa, że Snyder nie bardzo może się zdecydować czy iść w stronę kolorowego high-techu i absurdalnych przeciwników, czy bardziej w stronę kameralnego horroru z paranormalnym potworem w roli głównej. “Waga superciężka” stoi w rozkroku między dwoma estetykami, które po połączeniu niespecjalnie chcą tworzyć jedność. Najciekawsze w całym albumie jest interludium Briana Azzarello i Jocka, które opiera się na klasycznej zagadce kryminalnej z puentą i świetnych rysunkach z noirowym sznytem. Resztę można sobie spokojnie odpuścić.

Avengers #5: Dostosuj się lub zgiń. Scenariusz: Jonathan Hickman. Rysunki: Salvador Larroca. Egmont 2017

“Dostosuj się lub zgiń” to kolejny przystanek na drodze do “Tajnych Wojen”. Tym razem nieco za długi i nie obfitujący w zbyt wiele atrakcji.

Mam wrażenie, że Jonathan Hickman zaczyna za bardzo przeciągać fabułę swoich “Avengersow”. Inkursja, czyli nakładanie się wszechświatów, czego efektem jest ich całkowita śmierć, zbliża się wielkimi krokami. Poznaliśmy już Ogrodników, Budowniczych, Black Swan i kilka innych istot zamieszanych w Wielkie Umieranie. Avengersi wraz z wielkimi kosmicznymi Imperiami odparli śmiercionośny rajd Budowniczych po galaktykach i atak Thanosa na Ziemię, a w międzyczasie próbują odnaleźć sposób na powstrzymanie nieuniknionej reakcji łańcuchowej. Większość tych zdarzeń to zwykłe odskocznie od głównej fabuły, podobnie jak “Dostosuj się lub zgiń”, w którym pojawiają się ledwo dwie ważne sceny, czy raczej uklepanie gruntu pod przyszłe wydarzenia. Reszta nie ma wielkiego znaczenia, a koncentruje się na złych Avengers z innego wymiaru, którzy trafiają na Ziemię-616 za sprawą naukowców z AIM i dezorientują SHIELD i samych superbohaterów. Dostajemy zatem trochę szybkiej akcji na zmianę z biedo-gadką. Kluczowe pytania, wciąż pozostają bez odpowiedzi.

Szkoda w sumie papieru na tę opowieść, nawet rysunki nie wyróżniają się niczym specjalnym, a tworzyło je aż trzech rysowników. Mam nadzieję, że kolejny album przybliży nas nieco bardziej do wielkiego finału. CHoć przed nami jeszcze sześć tomów tej wielkiej opowieści…

Guardians of the Galaxy / All-New X-Men: Proces Jean Grey. Scenariusz: Brian Michael Bendis. Rysunki: Sara Pichelli, Stuart Immonen. Egmont 2017

Bendis nie daje wytchnienia oryginalnej piątce X-Men, którą sprowadził z przeszłości do teraźniejszości. SKonfrontował ich z własną, dość nieciekawą przeszłością, kazał wybierać między tymi “złymi” a “dobrymi” mutantami, wplątał w “Bitwę Atomu”, a teraz skrzyżował ich losy ze Strażnikami Galaktyki crossoverze, który znowu wystawi ich na próbę.

Imperium Shi’ar dowiaduje się, że Jean Grey żyje i przebywa na Ziemi. Wciąż mając w pamięci dramatyczne wydarzenia z udziałem Mrocznej Phoenix, podstępem wykradają ją z placówki Weapon X i zabierają głęboko w kosmos, celem osądzenia i skazania. Nic to, że młodziutka dziewczyna tak naprawdę jeszcze nawet nie miała do czynienia z tą siłą, a zarzucane jej czyny są niedokonane. To stanowi ciekawy dyskurs pomiędzy tym co się powinno zrobić w takiej sytuacji, a co nie. Szkoda tylko, że Bendis nie stara się udzielić jakiejś odpowiedzi, a zamiast tego serwuje kolejną z wielu akcji ratowniczo-odwetowych, tyle że z udziałem Strażników i X-Men stojących ramię w ramię. Pomysł na fabułę okazał się całkiem niezły, zapał był, ale rezultat żaden.

Ciekawym jest jednak, jak autor poddaje Jean Grey kolejnej próbie, znowu stawia ją na krawędzi, popycha do rozwoju i ewolucji zarówno emocjonalnej jak i supermocy. Widać w tym jakiś większy zamysł, który mocno intryguje. Innym atutem “Procesu…” są fenomenalne rysunki Stuarta Immonena i Sary Pichelli. Oboje dysponują unikalnym stylem i niebanalnymi kreskami, które przyciągają oko. Sama szata graficzna może być już powodem aby sięgnąć po ten album.

X-Men: Mordercza geneza. Scenariusz: Ed Brubaker. Rysunki: Trevor Hairsine. Egmont 2017

Przygody drużyny X-Menów doczekały się dwóch początków. Pierwszy nastąpił w 1963 r. za sprawą Stana Lee i Jacka Kirby’ego, i ze względu na niską popularność tytułu, zakończył się w 1970 r. na 66 zeszycie regularnej serii. Przez następnych pięć lat, w kolejnych numerach przedrukowywano jedynie wcześniejsze historie, niejako podtrzymując wątłą pamięć o zmutowanych superbohaterach. Wraz z zeszytem Giant-Sized X-Men #1 autorstwa Lena Weina i Dave’a Cockruma, zatytułowanym “Druga Geneza”, rozpoczął się renesans opowieści o wychowankach Profesora X. Historia o oryginalnych X-Men (Cyclops, Jean Grey, Iceman, Beast, Angel) uwięzionych przez inteligentną wyspę Krakoa pchnęła ich popularność na sam szczyt, a przy okazji wprowadziła na łamy komiksu drugą generację mutantów, wśród których byli m.in. Wolverine, Nightcrawler czy Colossus. Ed Brubaker, jeden z najbardziej utalentowanych współczesnych scenarzystów, w “Morderczej genezie” bardzo mocno nawiązuje właśnie do tej opowieści, zmieniając jej postrzeganie i dodając nowe wątki, które zupełnie przekształcają jej wydźwięk i ciężar.

Akcja “Morderczej genezy” rozgrywa się współcześnie, w czasach w których bohaterowie Marvela są o krok od Wojny Domowej, a mutanci liżą rany po następstwach “Rodu M”, czyli wymazaniu ponad 90% ich rodzaju z powierzchni Ziemi. X-Men próbują rozwiązać tajemnicę nagłej, niewyjaśnionej emanacji potężnej energii, co z kolei prowadzi ich do odkrycia przysłowiowego trupa w szafie i nawet emocjonującego rozgrzebywania przeszłości. Brubaker w interesujący sposób w starą opowieść wplata nowe motywy, emocje i niejako z naiwnej, prostej historyjki z wąsem tworzy mroczny dramat psychologiczny. Wszystko świetnie ze sobą współgra: przeszłość i teraźniejszość, a postacie nabierają głębi i, co ciekawe, nie ma tu zbyt wiele bijatyk, które częściej ustępują miejsca fabule. Jedynym minusem albumu jest to, że bez kontekstu i znajomości kilku konkretnych opowieści “Mordercza geneza” może być zupełnie niezrozumiała. Dla fanów jest to pozycja obowiązkowa, ważna i na tle innych komiksów Marvela mocno wyróżniająca się. Nawet jeśli rysunkom Trevora Hairsine’a można zarzucić wiele niedoskonałości.

Sandman: Uwertura. Scenariusz: Neil Gaiman. Rysunki: J.H. Williams III. Egmont 2016

Na początku lat 90. “Sandman” na dobre przetarł szlaki opowieściom obrazkowym skierowanym do dorosłych i sprawił, że te na stałe zagościły na salonach. Jako pierwszy komiks w historii trafił na listy bestsellerów New York Timesa, jako pierwszy i jedyny otrzymał World Fantasy Award w kategorii najlepsze opowiadanie, jako pierwszy cieszył się wyższym współczynnikiem czytelnictwa wśród kobiet niż mężczyzn, a popularnością przebijał najsławniejsze marki DC, jak Batman i Superman. Zgarnął też masę branżowych nagród i stał się fundamentem pod imprint Vertigo, którego oferta skierowana była wyłącznie do dojrzałego odbiorcy. Gaiman łączył w “Sandmanie” gatunki i style, wplatał filozoficzne rozprawy, literackie aluzje, bawił się poetyką i eksperymentował z narracją. To wszystko sprawiło, że do dziś serię traktuje się jako najlepszą opowieść w historii medium. To wszystko scenarzysta zawarł też w prequelu do głównej opowieści, w “Uwerturze”, która wręcz olśniewa perfekcyjnością.

W albumie nie ma zbędnych i przypadkowych wątków czy postaci, wszystko ma swoje miejsce, służy opowieści i jest doskonale skondensowane. Morfeusz wyrusza na daleką misję w celu ratowania ginącego wszechświata, a przy okazji poznaje setki aspektów samego siebie, zacieśnia rodzinne więzi i doświadcza niespotykanych cudów z odległych galaktyk. Z kolei Gaiman z rozmachem tworzy kolejne ponadczasowe, postmodernistyczne dzieło z narracją tak płynną, że nie sposób jej nie docenić. “Uwertura” stanowi zatem w pełni autonomiczny byt, ale jednocześnie wyjaśnia wiele rzeczy tylko zasugerowanych lub przelotnie wspomnianych w głównej serii i jest doskonałym do niej wstępem.

Poza tym, po raz pierwszy w “Sandmanie”, większe znaczenie od słów mają obrazy. Te z wirtuozerską maestrią stworzył J.H. Williams III, który zastosował całą paletę technik (od ołówka, przez kolaże, po komputer) i stylów (od realizmu, przez kubizm, aż po surrealizm), i z lekkością udowodnił, że ilustracje nie muszą się zamykać w prostych kadrach i ramkach, a mogą swobodnie płynąć wraz z opowieścią. “Sandman”, ani żaden inny komiks, nie wyglądał jeszcze tak pięknie.

Kategorie
komiks
Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Dodaj komentarz