komiks

Komiksowy maraton czyli czytamy hurtowo #16

Dzisiejszą edycję hurtowego czytania sponsorują wyłącznie wyborne komiksy, które musicie przeczytać.

Valerian. Wydanie zbiorcze tom 7. Scenariusz: Pierre Christin. Rysunki: Jean-Claude Mezieres. Taurus Media 2017

Siódmy tom “Valeriana” zbiera ostatnie trzy albumy z przygodami pary agentów czasoprzestrzeni. Są one ze sobą mocno powiązane, opowiadają bowiem finał poszukiwań utraconej Ziemi i doprowadzania wątłej natury rzeczywistości do jako takiego stanu. Pierre Christin odwalił w nich kawał naprawdę bardzo dobrej roboty. Fabuła, choć miejscami naiwna, jest świetnie skonstruowana, trzyma w napięciu, wprowadza nowe interesujące postacie a tym już znanym dodaje sporo uroku. Poza tym dzieje się tu znacznie więcej niż w poprzednich tomach, gęsto jest od bieżących wątków, a dodatkowo scenarzysta sięga obficie po bohaterów i motywy z poprzednich przygód. Ale to nie wszystko, bo znacznie częściej bawi się odniesieniami do popkultury, które jeszcze bardziej uatrakcyjniają lekturę i same w sobie stanowią ledwo wisienkę na przyrządzonym od serca torcie. Finał został zatem przygotowany w epickich rozmiarach, z dbałością o szczegóły i czytelnika, któremu z pewnością wryje się w pamięć piękne zakończenie stymulujące wyobraźnię do działania.

Również Mezieres dał z siebie wszystko i oprócz standardowej, mistrzowskiej oprawy graficznej oraz oryginalnego worldbuildingu, pozwolił sobie na pewne eksperymenty, które wypadły wręcz wybornie. W każdym z trzech albumów kilka stron rozgrywających się w przestrzeni kosmicznej namalował farbami. Efekt jest piorunujący i można troszkę pomarudzić, że takich plansz nie powstało więcej. Naprawdę cieszą zmysł estetyczny i w zestawieniu z tymi narysowanymi i pokolorowanymi tradycyjnie, tworzą ogromny kontrast.

Zebrane w siedmiu tomach, dwadzieścia dwa albumy “Valeriana” powstawało przez czterdzieści lat. Oba te wyniki mogą robić wrażenie, a gdy dodamy do tego jeszcze fakt, że całość stoi na bardzo wyrównanym, wysokim poziomie, wiemy już, że mamy do czynienia z serią niezwykłą i unikatową. Wydawnictwu Taurus Media pozostał do wydania jeszcze tom dodatkowy, zbierający krótkie historyjki i masę ciekawostek o uniwersum. Nie mogę się doczekać. I wy też powinniście.

Chew #6: Babeczki nie z tej ziemi. Scenariusz: John Layman. Rysunki: Rob Guillory. Mucha Comics 2017

Jesteśmy już na półmetku historii jaką przygotował John Layman, a werdykt jest taki, że “Chew” to wciąż zajmująca, zabawna i nieźle pomyślana seria. Główny bohater, Tony Chu, po wydarzeniach z poprzedniego albumu, leży w szpitalu i dochodzi do siebie. Na czas rekonwalescencji stery przejmuje jego siostra, Toni, i jest to strzał w dziesiątkę. Jako postać drugoplanowa, często kradła show, a we własnej fabule szeroko rozwija skrzydła i każe się zastanowić, jak mogłaby wyglądać seria z nią w roli głównej. To bohaterka oryginalna i niebanalna, skonstruowana jako zupełne przeciwieństwo Tony’ego, niepoprawna optymistka o ogromnym poczuciu humoru, która jak się okazuje, ma też niezwykle interesującą przeszłość.

Tyle o samej postaci, fabularnie mamy do czynienia z miksem gatunków i motywów, podlanych absurdem i czarnym humorem, na podobnym poziomie co poprzednie części – no może odrobinę wyższym, ze względu właśnie na bohaterkę i to co Layman jej wykręcił w finale. Jest moc. Są emocje. Równorzędną, choć może odrobinę mniejszą, rolę w albumie odgrywa zabójczy kogut Poyo, którego samodzielny epizod można porównać do tego co Lobo wyprawiał w “Powrocie Lobo”, albo co Świętemu od Morderców zgotował Garth Ennis na łamach “Kaznodziei”. Jest równie zabawnie i absurdalnie.

Graficznie jest bez zmian. Guillory wciąż czaruje swoją cartoonowo-karykaturalną kreską i umownym przedstawieniem realiów. Jednak najwięcej radości sprawia śledzenie drugiego planu, na którym rysownik pozostawia mnóstwo zabawnych dodatków: motywujących post-itów, świetnie dobranych do sytuacji plakatów czy wklejonych w ekrany monitorów scen z różnych filmów. Te zabiegi bardzo uprzyjemniają lekturę i wzbogacają o kolejne poziomy humoru. Tak więc jeśli jeszcze nie rozpoczęliście przygody z “Chew”, to najwyższa pora nadrobić zaległości. Będziecie zrywać boki ze śmiechu.

Saga #6. Scenariusz: Brian K. Vaughan. Rysunki: Fiona Staples. Mucha Comics 2017

“Saga” to najlepszy komiks parentingowy jaki znajdziecie na polskim rynku. Pokazuje bowiem, że wcale nie trzeba być idealnym, aby być dobrym rodzicem. Wystarczą dobre chęci i upór w dążeniu do celu. Oczywiście to trochę spłycona myśl, niemniej komiks Vaughana i Staples, to wręcz idealna opowieść o trudnych relacjach rodzice-dziecko, rodzic-rodzic i rodzina-otoczenie, która przemyca całą masę spostrzeżeń na tematy związane z wychowaniem potomków.

Ale oczywiście to tylko część całej historii, bo równie ważne są wątki detektywistyczne, romantyczne i liczne dramaty spotykające bohaterów przemierzających fikuśny kosmos. Szósty tom koncentruje się na próbie odbicia Hazel i jej babci z kobiecego więzienia na Wieńcu. Marko i Alana niczym Mr. i Ms. Smith zdobywają informacje, rekrutują sprzymierzeńców i szykują się na akcję, a przetrzymywane dziewczyny od kilku lat wiodą życie osadzonych na podobieństwo tych z “Orange is the New Black”. Vaughan, jak zwykle, serwuje wciągającą, dynamiczną opowieść, tym razem w duchu najlepszych filmów sensacyjnych. A Fiona Staples, jak zwykle, z ogromnym wdziękiem ilustruje całe bogactwo i zróżnicowanie wymyślnego wszechświata

Najnowszy tom “Sagi” to wciąż wyborna lektura, a o jego jakości niech poświadczy tegoroczna nominacja do nagrody za najlepszy komiks na 44. Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Angoulême (co jest w zasadzie kolejną cegiełką w przepastnym worze nagród i nominacji jakie do tej pory zebrał cykl). Czytajcie tę serię, bo naprawdę warto. Nawet jak nie jesteście rodzicami.

Punisher MAX #1. Scenariusz: Garth Ennis. Rysunki: Lewis Larosa, Leandro Fernandez. Egmont 2017

Punisher największe triumfy święcił na przełomie lat 80. i 90. Doskonale wpisał się w ówczesny brutalny styl, który zawojował kinami, a swego czasu był jednym z najpopularniejszych (anty)bohaterów Marvela, mając więcej serii, mini-serii i występów gościnnych niż Wolverine czy Spider-Man. Kolejna lata mocno nadwyrężyły jego renomę, aż do czasu, kiedy w 2000 roku nie zabrał się za niego Garth Ennis. Z dzisiejszej perspektywy można rzec, że ten scenarzysta wymyślił Punishera na nowo. W zasadzie kompleksowo opowiedział całą jego historię począwszy od dzieciństwa, przez Wietnam, aż po ostateczny koniec, no i wszystko co było pomiędzy. “Punisher MAX” to najlepsze co napisał dla tej postaci.

Franka spotykamy w momencie gdy już dawno powinien siedzieć w ciepłych kapciach na emeryturze i czytać zaległe lektury. Jednak ten gość w podeszłym wieku, nie zamierza odłożyć broni i zakończyć swej krwawej krucjaty. Wciąż jest wiele do zrobienia. W pierwszym albumie Ennis konfrontuje go z włoską mafią, CIA i psychopatycznymi Irlandczykami. Jest zatem bardzo krwawo i brutalnie, spluwy plują ogniem, noże tną a pięści obijają. Scenarzysta wyjął Punishera z kolorowego świata trykotów Marvela i włożył go w realistyczną, twardą rzeczywistość, gdzie bardziej przystaje. Ze zwykłego zabijaki z obsesją, przekształcił go w hardboilowego samotnika, cynika i niezwykle skuteczną maszynę do zabijania o potężnym zasięgu, która jednak nie jest niezniszczalna. Mamy tu więc do czynienia z człowiekiem z krwi i kości, który ma swoje racje, emocje, tajemnice i misję do spełniania.

Ennis zafundował nam wyborny, trzymający w napięciu thriller sensacyjny z wątkami gangsterskimi i odniesieniami do prawdziwych wydarzeń. Uwiarygodnił Punishera, jego krucjatę i wszystko dookoła. Sprawił, że Punishera chce się czytać. I oglądać, bo rysunki Larosy i Fernandeza znakomicie nastrajają i wprowadzają mroczną, przytłaczającą atmosferę, którą można ciąć nożem.

Hawkeye #1: Moje życie to walka. Scenariusz: Matt Fraction. Rysunki: David Aja, Javier Pulido. Egmont 2017

Hawkeye nie należy do szczególnie lubianych bohaterów. Nie ma mocy, nosi obciachowy fioletowy kostium, używa broni, która wieki temu wyszła z użycia, no i w epickich kosmicznych walkach jest raczej mało przydatny. Poza tym, w środowisku komiksowym, stanowi raczej obiekt żartów niż uwielbienia. Aż tu nagle przychodzi Matt Fraction i mówi, że to wszystko nieprawda, a Hawkeye to jeden z najciekawszych komiksowych bohaterów.

Czytając “Moje życie to walka” trudno się z nim nie zgodzić. Zwłaszcza jeśli porównamy ten album do innych serii Marvela wchodzących w skład inicjatywy Marvel NOW! Na ich tle komiks Fractiona to wręcz arcydzieło: mistrzostwo składnej narracji, fabularnie intrygujące, graficznie mocno się wyróżniające. Scenarzysta nie buja w obłokach, dobrze wie, że Clint Burton nie nadaje się do misji zbawiania świata i walk z kosmitami. To bohater z poziomu ulicznego, jak Luke Cage, Daredevil, Jessica Jones czy Punisher, lepiej sprawdzający się w misjach skrytobójczych, o małym zasięgu, z przeciwnikami typu gangsterzy, cwaniaczki i złodzieje. Zatem w pierwszym albumie autor stawia bohatera jak najdalej od Avengers, których jest członkiem i konfrontuje go z małymi dramatami życia codziennego, ale też zawodowymi złodziejami, łobuzami, domorosłymi zbirami, ale też i ninja. W tych małych, lokalnych fabułkach Burton wypada świetnie, ale nie jako bohater a jako człowiek, który próbuje robić dobre rzeczy. Fraction uczłowieczył Hawkeye’a, sprawił, że ten doskonale wpisuje się w szarości świata Marvela z Netflixowych adaptacji o bohaterach, którzy wcale nie chcą aby ich tak nazywać.

“Hawkeye” to świetnie opowiedziany komiks z bohaterem którego można polubić i się z nim identyfikować. Do tego bardzo ładnie narysowany minimalistyczną kreską (Davida Aji i Javiera Pulid), trochę w noirowym stylu, z równie ładnymi, płaskimi kolorami o oszczędnej palecie barw. “Hawkeye” to jeden z niewielu tytułów MarvelNOW!, które mam ochotę trzymać na swojej półce. Koniecznie się z nim zapoznajcie.

Kategorie
komiks
Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Dodaj komentarz