komiks

Komiksowy Maraton, czyli czytamy hurtowo #14

Dzisiejszą edycję komiksowego maratonu sponsorują superbohaterowie Marvela w ilościach hurtowych.

Kapitan Ameryka: Biały. Scenariusz: Jeph Loeb. Rysunki: Tim Sale. Mucha Comics 2017

Do tej pory Jeph Loeb w swojej kolorowej serii (Hulk: Szary, Daredevil: Żółty, Spider-Man: Niebieski) pochylał się nad herosami, którzy w wyniku różnych wypadków stracili swoje ukochane. W melancholijny sposób przerabiał ich traumy i depresje, poprzez wspomnienia wyciągał uczucia na zewnątrz i konfrontował je z rzeczywistością. W “Kapitanie Ameryce” schemat pozostał ten sam, a zmienił się jedynie obiekt uczuć i rodzaj tych uczuć. Bowiem Steve Rogers raczej nie zaliczał się do romantyków potrafiących podbić kobiece serca, poza tym nie bardzo miał na to czas. Ale w ogniu walki potrafił zjednywać sobie towarzyszy i budować trwałe przyjaźnie oparte na szacunku, zaufaniu i braterskiej miłości. Taką szczególną przyjaźń zawarł na froncie II wojny światowej z Buckym Barnesem, który ostatecznie tej wojny nie przetrwał.

Sama fabuła “Białego” to prosta historyjka o misji (jakich wiele) powstrzymania Red Skulla. Typowa wojenna opowiastka ze strzelaninami, wybuchami i “głębokimi” przemowami. Na tle tych wydarzeń nostalgiczny, łzawy monolog Rogersa skierowany do Bucky’ego jest przytłaczający i nie ma takiej siły rażenia, wieje banałem i sztucznością. Widocznie to co sprawdzało się w opowieści miłosnej, nie do końca sprawdza się w tej o przyjaźni. Nie jest to dzieło na miarę “Niebieskiego” czy “Żółtego”, nie pozostaje w pamięci tak długo. Ale wciąż jest to album o klasę lepszy i ciekawszy niż 90% serii z Marvel NOW! Udana mieszanka super-bohaterstwa, nazistów i dramatu obyczajowego, oprawiona świetnymi, bardzo filmowymi rysunkami Tima Sale’a i jeszcze lepszymi kolorami Dave’a Stewarta.

Spider-Man: Władza. Scenariusz i rysunki: Kaare Andrews. Mucha Comics 2017

“Powrót Mrocznego Rycerza” to komiks, który w komiksowym i filmowym światku odbija się echem po dziś dzień. Inspiruje i fascynuje. “Spider-Man: Władza” to komiks, który ewidentnie nawiązuje i garściami czerpie z albumu Franka Millera. W założeniu “Władza” miała być taką marvelowską wersją PMR, opowieścią o starzejącym się, zgorzkniałym bohaterze, który odlicza dni do śmierci, ale w ostatnim zrywie poczucia sprawiedliwości, staje w obronie uciśnionych przez reżim. Założenia były dobre, ale w trakcie produkcji nie wszystko zagrało jak należy.

Po pierwsze. Stan w jakim jest Parker, jego zniedołężnienie, poddanie się, bezproduktywna wegetacja, jest nieprzekonujący. Rozumiem, że cierpi z powodu straty, ale jego zachowanie totalnie mija się z rysem charakterologicznym z całej historii publikacji jego przygód. Zupełnie tego nie kupuję. Po drugie. Worldbuilding stoi na minimalnym poziomie. Adrews stworzył Nowy Jork przyszłości ze zlepków “Powrotu…”, “1984” Orwella i “Robocopa” i ta wizja również jest mało sugestywna. W najlepszym wypadku niespójna. Po trzecie. Motywacja jaka kieruje Parkerem do ponownego założenia kostiumu jest wyciągnięta z kapelusza, podobnie (i tu po czwarte) jak przeciwnik pojawiający się w finale i pobudki nim kierujące. “Władzy” można zarzucić znacznie więcej, ale wszystko sprowadza się do tego, że to po prostu nieudana podróbka “Powrotu Mrocznego Rycerza”. Ciekawie narysowana, można powiedzieć, że jak na standardy Marvela, w sposób undergroundowy, ale wciąż będąca substytutem. Marvelowską wersją PMR prędzej nazwałbym “Staruszka Logana” Marka Millara, gdzie większość elementów zagrało jak należy. “Spider-Man: Władza” sprawdza się dobrze jedynie w roli ciekawostki.

Ms Marvel #1: Niezwykła. Scenariusz: G. Willow Wilson. Rysunki: Adrian Alphona. Egmont 2017

Ms Marvel wg scenariusza G. Willow Wilson to obecnie najpopularniejsza super-bohaterka komiksów Marvela. Seria z jej udziałem zdobyła wyróżnienie na festiwalu w Angouleme, nagrodę Hugo, sześć nominacji do nagrody im. Willa Eisnera i uznanie czytelników, którzy cały czas głosują na nią portfelem. Co zatem jest w niej tak fascynującego?

Bohaterką serii jest Kamala Khan, nastoletnia muzułmanka stojąca w rozkroku pomiędzy narzuconymi przez tradycję i religię przykazami, a amerykańskim stylem życia oferującym pełną swobodę w wyrażaniu siebie. Na jej przykładzie scenarzystka obrazuje codzienność muzułmańskiej młodzieży żyjącej w Stanach: brak zrozumienia i poszanowania dla stylu życiu ze strony rówieśników, fałszywy podziw dla kultury islamu, czy też totalna ignorancja. To jednak nie wszystko, bo autorka sprytnie przemyca też walory edukacyjne, nie tylko na temat samej wiary, ale i uniwersalnych prawd, jak np. to, że kompromis to jedyne wyjście na linii konfliktu nowoczesności z tradycją, a dialog i zrozumienie to potężne narzędzia do jego osiągnięcia. Tak więc “Ms Marvel” uczy, a do tego też nieźle bawi, bo poza aspektami wychowawczymi mamy przecież do czynienia z całą super-bohaterską otoczką: zdobywaniem i uczeniem się mocy, wymyślaniem imienia i kostiumu, pierwszymi pojedynkami z przestępcami itd. A może sukces tego komiksu leży w tym, że mamy tu do czynienia z solidnie poprowadzoną narracją, niegłupią fabułą, zasadą zachowania logiki i przyjemnymi dla oka rysunkami? To wszystko przecież mocno wyróżnia się na tle pozostałych komiksów super-bohaterskich. W każdym razie warto sięgnąć po tę młodzieżową serię, to naprawdę nie głupia rzecz.

Wolverine i X-Men #4: Starzy kumple, nowi wrogowie. Scenariusz: Jason Aaron. Rysunki: Nick Bradshaw, Peppe Larraz. Egmont 2017

Seria “Wolverine i X-Men” dobiegła końca. Czy można powiedzieć, że na tle pozostałych tytułów Marvel NOW! wyróżnia się czymś specjalnym? Tak, okazuje się, że to całkiem niezłe teen drama.

Jason Aaron raczej nie przepada za epickimi, wybuchowymi fabułami, woli te kameralne i skupione na postaciach, a nie wyłącznie na samych wydarzeniach. I w tym albumie da się to odczuć, zwłaszcza w pierwszym epizodzie, który rozgrywa się w ramach “Nieskończoności”. Cały event był zrobiony na poważnie, z namaszczeniem traktował wszelkie wątki, a Aaron świetnie to obszedł i zaserwował zabawną i wciągającą opowieść o dzieciaku, który chce sprawdzić się w walce, ale tak naprawdę potrzebuje prawdziwych kumpli. Fajnie to wyszło. Nie inaczej jest z pozostałymi epizodami, które traktują o zmutowanych dzieciakach próbujących dostosować się do nowych wyzwań w szkole i życiu, przetrwać treningi z salą ćwiczeń, czy po prostu pograć na nerwach Wolverine’owi. Aaron ciekawie charakteryzuje nowe postacie, widać jak na przestrzeni kolejnych numerów je rozwinął, jak w ogniu walki i obcowania ze sobą dotarł ich, że wszystko co do tej pory przeszli było ważne i potrzebne.

“Wolverine i X-Men” to w ogólnym rozrachunku całkiem przyjemna  rozrywkowa seria. Owszem, czasem absurdalna, ale jednak zwarta, nie dźwigająca bagażu wielu smutnych i dramatycznych wydarzeń, pokazująca, że i mniej znane, albo w ogóle nieznane, postacie mogą sprawdzić się w pierwszoplanowych rolach. Interesujący kontrast i alternatywa dla reszty tytułów z linii Marvel NOW!

Uncanny Avengers #3: Czas na Ragnarok. Scenariusz: Rick Remender. Rysunki: Steve McNiven, Salvador Larroca, Daniel Acuna. Egmont 2017

Choć “Uncanny Avengers” Ricka Remendera to bardzo średnia seria, tomem “Czas na Ragnarok” wgryzła mi się mocno w czaszkę. Oczywiście nie ze względu na znakomitą fabułę, przekraczające granice super-bohaterskich ograniczeń wolty czy solidnie napisanych bohaterów. Album miał fantastyczne, odważne zakończenie, które mogłoby na zawsze zmienić uniwersum Marvela. Tak znienacka, bez żadnego ostrzeżenia i półrocznego zalewania czytelniczej wrażliwości lubrykantem złożonym z hasełek o tym, że nic już nie będzie takie samo. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że Remender mógł pozwolić sobie na taki finał tylko dlatego, że w kolejnym tomie wszystko wróci na stare tory (poza tym w innych równoległych seriach nawet się nie zająknięto o tym wydarzeniu). Niemniej podnieca mnie wizja tego jakie możliwości daje to zakończenie, ile nowych dróg otworzyłoby przed scenarzystami i jak mocno wywróciłoby komiksy super-bohaterskie na lewą stronę. W zasadzie to mógłby być punkt końcowy dla całego uniwersum, taka kropka postawiona w ostatnim zdaniu wielkiej multiopowieści zwanej Marvel Comics. Po której nic by już nie było.

No i właśnie w tym leży problem. Bardziej podoba mi się to jak mogłaby ta seria wyglądać, niż to jaka jest naprawdę. A jaka jest? Taka jak większość obecnych komiksów Marvela. Przygotowano ją wg sprawdzonego przepisu: do wody wrzucono pół torebki mordobicia, dwie kostki zmartwychwstania, łyżkę stołową podróży w czasie, dwie szklanki bezsensu, szczyptę dramatu i tyle samo miłości. Na talerzu układa się ją tak, by wyglądała jak najbardziej atrakcyjnie i proszę bardzo. Gotowe. Można wchłaniać. Później boli troszkę brzuszek, ale czemu by nie sięgnąć po więcej?

Anihilacja tom 1. Scenariusz: Keith Giffen, Dan Abnett, Andy Lanning. Rysunki: Mitch Breitweiser, Scott Collins, Ariel Olivetti, Kev Walker. Egmont 2017

Uniwersum Marvela to nie tylko działający na Ziemi Avengers, Fantastyczna Czwórka, X-Men czy legion mniej lub bardziej znanych postaci. Funkcjonuje w nim również dziesiątki pozaziemskich istot i cywilizacji żyjących własnym życiem i dramatami, a pośród nich, rozsiani  niczym rzadkie chwasty, pojedynczy przedstawiciele ludzkości mający to szczęście i podróżujący po wszechświecie. Jednym z takich szczęściarzy jest Richard Rider przynależący do Korpusu Nova, zajmującego się pilnowaniem pokoju w galaktyce. Gdy wraz z innymi członkami tej kosmicznej policji stawia się na wezwanie centrali, następuje niezapowiedziany, zmasowany atak, którego następstwem jest całkowite zgładzenie Korpusu i xandariańskiej rasy. Ocalały Rider łączy siły z xandariańskim Wszechumysłem oraz Draxem Niszczycielem i próbuje powstrzymać krwawy rajd wojsk Anihilusa przez kolejne galaktyki.

“Anihilacja” określana jest jako najważniejsze wydarzenie w kosmicznym zakątku Marvela, które raz, że całkowicie zmieniło rozkład sił we wszechświecie oraz życie wielu bohaterów, a dwa, wyniosło na piedestał nieco przykurzonych herosów, czego efektem jest chociażby sukces filmowych “Strażników Galaktyki”. Pierwszy tom “Anihilacji” to ledwie wstęp do wojny, która rozegra się dopiero w tomie trzecim. Na początek otrzymujemy zatem zupełnie zbędny prolog z Draxem, irytujący fabularnym rozdęciem, nieciekawymi postaciami, nijakimi pojedynkami i takimi samymi rysunkami. Kolejny rozdział to efektowna rozpierducha z udziałem wojsk Anihilusa i ginącej cywilizacji Xandaru. Szybki i dynamiczny rzut oka na możliwości najeźdźcy, zilustrowany w przyjemnym undergroundowym, europejskim stylu. Ostatnia część, skupiająca się na Riderze, aka Novie, napisana przez doświadczonego pisarza sci-fi, Dana Abnetta, wypada na tle całości najciekawiej. Autor buduje w końcu jakieś relacje między bohaterami, stosuje ciekawe wolty i tworzy napięcie, choć tak po prawdzie, historii daleko do ideału. Dobre wrażenie robią też rysunki Keva Walkera, proste i oszczędne, ocierające się o styl Mike’a Mignoli.

Póki co “Anihilacja” to mocny średniak w kategorii space opery, przewidywalny i trochę nijaki ale mimo to zasiewający ziarno ciekawości co do dalszego ciągu.

Kategorie
komiks
Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Dodaj komentarz