Mucha Comics
komiks

Kick-Ass [recenzja]

Główni zainteresowani, czyli miłośnicy superbohaterskich opowieści, już dawno przeczytali „Kick-Assa” w oryginale, zaś ci, którzy po komiksy sięgają sporadycznie lub wcale, być może zapoznali się z tą historią za pośrednictwem świetnej ekranizacji z 2010 roku, wyreżyserowanej przez Matthew Vaughna. Jednak wszyscy, którym podobał się filmowy „Kick-Ass”, a wciąż nie znają pierwowzoru, powinni natychmiast sięgnąć po polskie wydanie tego komiksu, bo choć ogólnie rzecz biorąc jest to niemal dokładnie ta sama opowieść, to pod wieloma względami komiks znacząco przebija film. Kolejny raz okazuje się, że diabeł tkwi w szczegółach. W tym wypadku bardzo znaczących i często bardzo krwawych szczegółach.

Dave Lizevski jest zwykłym nastolatkiem, który chodzi do szkoły, zaczytuje się w superbohaterskich komiksach, dyskutuje o nich z kumplami i tak długo zastanawia się, jak by to było, gdyby on też ubrał superbohaterskie wdzianko i zaczął w nocy patrolować ulice, że w końcu postanawia to sprawdzić. A jako że poza dobrymi chęciami i nastoletnią głupotą, Dave nie posiada żadnych specjalnych zdolności, szybko pakuje się w poważne kłopoty. Banda włóczących się po nocy mętów daje mu solidny wycisk, a do tego zostaje potrącony przez samochód. Ledwo uchodzi z życiem, ale gdy po wielu operacjach dochodzi w końcu do siebie, okazuje się, że zyskał namiastkę supermocy – teraz jego ciało prawie nie odczuwa bólu i ma w głowie kilka metalowych płytek, które zwiększają odporność jego czaszki na ciosy. Postanawia więc znowu wyjść na ulicę i niespodziewanie odnosi pierwszy sukces w walce z przestępcami. Dzięki temu zyskuje ksywkę Kick-Ass i staje się sławny, ale niestety zwracają na niego uwagę również znacznie poważniejsi gracze, profesjonalnie działający w branży gangstersko-superbohaterskiej. Konfrontacja nastoletnich ideałów z brutalnością prawdziwego życia zbliża się nieubłaganie.

Fabuła rozwija się błyskawicznie i bardzo efektownie. Napędzają ją przekleństwa, krwawe jatki i rozpaczliwa, młodzieńcza frustracja. Komiks jest pod tym względem o wiele bardziej radyklany niż film. Krew bluzga na wszystkie strony, latają odcięte członki i spokojnie można w tym kontekście napisać, że czarny humor jest tu ostry jak brzytwa. Oczywiście „Kick-Ass” to przede wszystkim inteligentna rozrywka, która zaspokaja wszystkie podstawowe potrzeby miłośników komiksów akcji spod znaku Marvela, ale ma też do zaoferowania coś więcej. Bo co można sobie pomyśleć czytając komiks, którego bohaterowie robią wszystko, żeby być tacy, jak bohaterowie innych komiksów?

Pod pseudo realistyczną, bardziej niż umowną konwencją, kryje się zgrabna opowieść o naturalnej żywotności superbohaterskich historii, o sposobie, w jaki te wszystkie komiksowe historie wzajemnie się napędzają i o ich kulturotwórczej grawitacji, która przyciąga czytelników namiastką archetypicznego doświadczenia, pozwalającą wierzyć, że wszystkie te opowiastki są czymś więcej niż tylko rozrywką. Chociaż któż może wiedzieć, jak to z tym naprawdę jest? Może to tylko wiara miłośników superbohaterskich komiksów nadaje im mitycznej głębi, a może faktycznie są one czymś w rodzaju kulturowego zwierciadła, koślawego, groteskowego, nieostrego, ale jednak takiego, w którym naprawdę odbijają się blade cienie mitycznych bohaterów, jakich na co dzień noszą w sobie zwykli ludzie.

 

Kategorie
komiks

Dodaj komentarz