Ongrys
komiks

Josephine [recenzja]

„Josphine” to druga po „Osiedlu Swoboda” seria z łam magazynu „Produkt”, która wreszcie doczekała się wydania zbiorczego.

Wydawany na początku XXI w. i zarządzany przez Michała Śledzińskiego „Produkt” był najprawdziwszą kopalnią talentów i znakomitych serii, które na długo pozostawały w pamięci, bądź zaczynały żyć własnym życiem. Wystarczy wspomnieć chociażby „Wilqa Superbohatera” braci Minkiewiczów, „Phantasmatę” Gosienieckiego i Kowalskiego, „KaeRLki” Kalinowskiego czy „Emilię, Tanka i Profesora” Myszkowskiego. Jedną z tych, która wówczas najbardziej trafiła w mój gust była „Josephine” ukrywającego się pod pseudonimem Janusza Pawlaka. Był to bardzo udany miks przygodówki i kryminału z elementami nadnaturalnymi, którego akcja rozgrywała się w wiktoriańskim Londynie.

Tytułowa Josephine Durmaz jest detektywem, którą ze względu na charakter wykonywanej profesji, można odrobinę porównać do Johna Constantine’a. Nieobce są jej sprawy, w których główne role odgrywają nadprzyrodzone moce, mordercze artefakty przywożone z głębi kolonialnych rubieży czy też zombie albo gadające szczury. Ściśle współpracująca ze Scotland Yardem i wyposażona w „magiczny” amulet stawia czoła najdziwniejszym zjawiskom nawiedzającym Londym i jego okolice. Jej przygody rozegrały się na łamach sześciu różnej długości epizodów, które były standardowymi stand-alone’ami, połączonymi wyłącznie obecnością głównej bohaterki. Każdy z nich jest niezależną opowieścią, po brzegi wypełnioną mroczną i niepokojącą atmosferą, eksplorującą nie tylko zakątki horroru i noir ale też garściami czerpiąca z historii Wielkiej Brytanii. „Josephine” dla Weatherspoona była swego rodzaju poligonem doświadczalnym, gdzie testował sposób opowiadania i rysowania historii, przez co różnice jakościowe w poszczególnych shortach są bardzo widoczne, ale nie na tyle by utrudniały odbiór całości. „Jospehine”, nawet po upływie tylu lat, wciąż jest świetnym, mięsistym komiksem, unikalną i niespotykaną mieszanką „Hellblazera”, „Hellboya” i „Herculesa Poirota”, która wrażenie robi przede wszystkim rysunkami. To w nich tkwi większość uroku tej serii. Są bardzo dopracowane pod względem szczegółów, choć na pierwszy rzut oka wydają sie być robione na kolanie, wiernie oddają realia, a grube kontury i doskonałe operowanie plamami czerni nadają im szczególnej (nie umiem nazwać tego inaczej) „smolistości”. Autor wzorując się na pracach Mike’a Mignoli, szybko wypracował własny styl, który potrafi oczarować i pomimo braku dynamicznych scen zahipnotyzować.

Album wydany przez Ongrys, można nazwać wręcz kolekcjonerskim. Aż połowę jego zawartości stanowi cała masa dodatków, które czynią z „Josephine” praktycznie pełną edycją. Na jego kartach znajdziemy więc całkiem interesujący wywiad z autorem, z którego dowiemy się co nieco o przyszłości Josephine, mnóstwo szkiców, pin-upów, wprawek, niedokończonych plansz oraz dwie historyjki zrobione do szuflady. Do szczęścia zabrakło jedynie pełnometrażowej opowieści „Tchnienie Czarnego Lądu”, które dopełniłoby całość tworząc wydanie absolutne. Ale nie ma tego złego. Cieszę się, że ta zasługująca na uznanie i przypomnienie seria doczekała się takiego wydania, tym bardziej, że stanowi bardzo interesujący wgląd w ewolucję umiejętności Clarence’a Weathesrpoona / Janusza Pawlaka, którego „Toshiro”, podbija właśnie rynek amerykański i ma szansę stać się flagowym tytułem tego wydawnictwa.

Kategorie
komiks
Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Dodaj komentarz