Hachette
komiks

Ghost Rider: Droga ku potępieniu [recenzja]

„Ghost Rider rides again” to jedno z moich ulubionych hasełek w Marvelowskim uniwersum. Od razu pojawia się przed oczami kościotrup z dymiącą czachą, prujący po jakimś amerykańskim bezdrożu na płonącym motocyklu. Tym razem Johny Blaze powraca za sprawą kolejnego tomu WKKM – „Droga ku potępieniu”.

Scenariusz wyszedł spod pióra Gartha Ennisa, autora słynnego „Kaznodziei” (i scenarzysty np. kilku historii o Punisherze czy Hellblazerze). Kontrowersje i wyrazistość zapewniły mu popularność i szczególne miejsce w panteonie komiksowych twórców. Jedni go kochają, inni nienawidzą. Dodajmy do tego Claytona Craina i jego unikalny styl grafiki cyfrowej. Powinna powstać prawdziwa petarda, mieszanka wybuchowa, prawda? A wyszło niemal jak zwykle.

Johny Blaze trafił do Piekła i tkwi tam już od dwóch lat. Każda próba wyrwania się zostaje zakończona zmasakrowaniem przez hordę demonów i ponownymi narodzinami. Taniec złudnej nadziei i zawodu trwa, aż Ghost Riderowi objawia się Malachiasz, anioł niosący propozycję nie do odrzucenia. Widmowy Jeździec miałby dyskretnie złapać nad wyraz ambitnego demona Kazaana, który zaraz wydostanie się na ziemię. Niestety, czas ucieka, bowiem śladem pokraki ruszyli zarówno piekielny jak i niebiański łowca. Niemniej, dla Johny’ego lepsza taka gonitwa niż alternatywa.

Garth Ennis zafundował nam Ghost Ridera wymieszanego ze swoimi szlagierowymi motywami. Mamy typową dla tego scenarzysty jazdę po bandzie i granie na kontrowersjach. Wtedy, dziesięć lat temu, pewnie robiło to jeszcze wrażenie. Konflikt Nieba i Piekła pokazuje, że obie strony są tak samo przesiąknięte hipokryzją. Na dokładkę dostajemy zakłamanego księdza-snajpera i pokręconego, przerysowanego, kalekiego biznesmena z manią wielkości. Galerię portretów wieńczą milcząca anielica-morderczyni i wesoły grubasek-demon Huss, który śmiga Cadillackiem wraz ze swoim nowo poznanym kompanem, Okowdupem (wszelkie podobieństwa do postaci z „Kaznodziei” przypadkowe!).

A, jest oczywiście i nasz Jeździec, Johny Blaze. Ale niewiele tu osobowości. Dla Ennisa, co sam przyznawał, liczył się sam maszkaron na motorze. Prostota i schematyczność opowieści nie przeszkadzałaby tak bardzo, gdyby nie to, że sam Ghost Rider jest tutaj jakiś taki… bezradny, miota się biedaczysko, ma niewiele wpływu na cokolwiek, a intryga, której padł ofiarą, mogła by się obyć bez niego. To jest właśnie ten problem. To jest historia o Ghost Riderze, która poradziłaby sobie całkiem nieźle bez niego.

Na szczęście, sytuację ratują dynamiczne akcje, niezłe dialogi (choć czasem kuleją) i urok opowieści drogi. Wszystko to Ennis pociągnął smoliście czarnym, bezlitosnym humorem, dla którego nie ma żadnych świętości.

Tym, co naprawdę sprawia, że warto sięgnąć po „Drogę ku potępieniu” jest oprawa plastyczna. Normalnie nie przepadam za tego typu grafiką, ale plansze Craina niszczą, dzielą i rządzą. Są mroczne i dynamiczne, budują klimat amerykańskiego zadupia i wielkiej korporacji. Kiedy natomiast pojawia się Ghost Rider, te rysunki faktycznie PŁONĄ w naszych oczach. To jest ogień, czad, czysty, komiksowy rock’n’roll, niepodrabialne wrażenie, którego nie zapewniła żadna lepsza historia o Jeźdźcu. A trochę ich było.

Niezależnie, czy lubicie wymysły Ennisa czy nie, „Drogę do potępienia” warto mieć dla przeznakomitych grafik. A poza tym, to jednak nieporywająca, ale solidna zabawa.

Kategorie
komiks
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz