Timof
komiks

Doomboy [recenzja]

Tony Sandoval to piekielnie zdolny rysownik, ale bardzo przeciętny scenarzysta i w zasadzie tylko jeden jego komiks, „Trup i sofa”, można uznać za w pełni udane dzieło, bo jedynie w nim warstwa graficzna i warstwa narracyjna są podobnej jakości i tworzą spójne, nad wyraz intrygujące dzieło. Problem jednak w tym, że był to pierwszy komiks tego autora, który opublikowano w Polsce i żaden kolejny nie jest już tak dobry.

Owszem, Sandoval rysuje w fenomenalny i bardzo charakterystyczny sposób, i gdy sięgamy po „Nokturno”, czy cudownie ekscentryczne „Wybryki Xinophixeroxa”, nie sposób tego nie docenić. Ale jego scenariusze niestety często ocierają się o egzaltowaną, nastoletnią pretensjonalność. Szczególnie wyraźnie widać to we wspomnianym „Nokturno” i najnowszym „Doomboy’u”.

W obu komiksach na pierwszy plan wysuwa się iście młodzieńcza fascynacja Heavy Metalem, a właściwie Doom Metalem (Sandoval projektuje również okładki płyt dla zespołów tworzących taką muzykę), która w połączeniu z prościutkimi i raczej sztampowymi opowiastkami o rozterkach dojrzewających nastolatków daje dość kuriozalny efekt. „Doomboy” to historia pewnego chłopca, który grywa sobie na gitarze w amatorskim zespole, lecz jego gra niczym szczególnym się nie wyróżnia. Gdy jednak umiera jego znajoma, chłopak postanawia zagrać specjalnie dla niej, na plaży, wysyłając swoją muzykę w eter za pomocą prostego radionadajnika. I wtedy w jego grze zakochują się wszyscy, a Doomboy staje się miejską legendą. No cóż, prawdopodobnie, gdybym miał okazję przejrzeć ten komiks w oryginale, gdybym nie rozumiał opisów i dialogów, to wydałby mi się on znacznie, znacznie lepszy. Nie bez powodu…

Kategorie
komiks

Dodaj komentarz