komiks

Barakuda #1: Niewolnicy – o piratach bez upiększeń [recenzja]

Na tylnej okładce „Barakudy” zamiast zwyczajowego opisu fabuły mamy trzy krótkie zdania: „Żadnej litości. Dla nikogo. Nigdy”. I rzeczywiście, ów konkretny komunikat najlepiej odpowiada na pytanie, co nas czeka w komiksie Jeana Dufaux i Jeremy’ego.

Pirackie opowieści to w popkulturze wątek zadziwiający. Od samych początków, właściwie już od „Wyspy skarbów” pracowicie odzierany z romantycznej otoczki, a jednak wciąż bardziej niż z deprawacją i brakiem litości kojarzący się z fascynującą przygodą urzekającą posmakiem niezależności, a nawet bezgranicznej wolności. Symbolika jest po prostu zbyt silna – bezkres morza, trupia czaszka, mapy zaginionych skarbów, nawet opaska na oku – to wszystko tworzy wrażenie czegoś wyjątkowego, co często zamyka nasze oczy na kryjącą się za symboliką brutalną prawdę. Dlatego też zawsze bardziej urzekać nas będą kolejne części „Piratów z Karaibów” niż te popkulturowe produkty, które odsłaniają wyjątkowo odpychającą stronę pirackiego fachu. Choć i te drugie potrafią przecież zaoferować nie mniej fascynujące historie.

[quote align=’right’]Twórcy wcale nie ukrywają, a nawet mówią to wprost słowami kapitana Blackwooda, że ich opowieść rozgrywa się w ziemskim piekle.

W „Barakudzie”, dobrze znany polskim czytelnikom komiksów Jean Dufaux w swym scenariuszu wyraźnie podążył w stronę bardziej realistycznej wizji świata piratów. Czuć to już od pierwszych plansz, na których jesteśmy świadkami bezlitosnego abordażu załogantów tytułowej „Barakudy” na płynący z Hiszpanii do Ameryki statek (przy czym czas akcji nie jest w kom. Pada komenda „żadnych jeńców oprócz kobiet”, ale bynajmniej nie oznacza to, że piraci będą dla niewiast szczególnie litościwi – jak się z czasem okaże, ocalały jedynie po to, by jako niewolnice zostać wystawione na sprzedaż.

To jednak nie wszystko – podczas intensywnych wydarzeń na zaatakowanym statku poznajemy najważniejsze postacie komiksowej fabuły oraz element, który będzie ją napędzał. Od razu zaznaczmy, że nie jest jakiś specjalnie wyszukany – piraci od jednej z bohaterek wyciągają informację o skarbie ukrytym na enigmatycznej Wyspie Mówiącej Głowy. Ów skarb to legendarny diament Kasharu, który ponoć przynosi nieszczęście każdemu z jego właścicieli – dlatego został pogrzebany w miejscu spoczynku ostatniego z nich. To rzecz jasna nie powstrzyma dowodzącego „Barakudą” Blackdoga do podjęcia decyzji o wyruszeniu po skarb.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że od tego momentu podążymy z bohaterami w stronę skrzącej się od niebezpieczeństw wyprawy. Najpierw bowiem wybieramy się do Puerto Blanco,  okazującego się być wyspą rządzoną przez piratów. Tam ciężar fabuły przenosi się na trójkę nastoletnich bohaterów komiksu. Raffi to bezwzględny syn Blackdoga. Maria, córka Emilii Sanchez del Scuebo, kobiety która przekazała piratom informację o diamencie, zostaje po licytacji rozdzielona z matką. Jest jeszcze młody Emilio, będący także narratorem tej opowieści, któremu podczas abordażu Isabela ratuje życie przebierając go za dziewczynę. Trzeba przyznać, że od momentu dotarcia „Barakudy” do Puerto Blanco, szeroko zakrojona przez Dufaux fabuła podąża w trudnym do przewidzenia kierunku, obfitując na dodatek w intrygujące drugoplanowe postacie, powiązane ze sobą zastanawiającymi współzależnościami. Jedyne, co być może nie do końca pasuje do brutalnej wizji świata (tu warto wspomnieć inną piracką serie od Taurusa, czyli „Long Johna Silvera”), to przypominające styl Milo Manary, choć pozbawione charakterystycznej zmysłowej elegancji włoskiego mistrza, rysunki Jeremy’ego. Choć z drugiej strony można tę graficzną manierę  uznać za rodzaj dyskursu z romantyczną wizją pirackiego fachu. Zresztą sam fakt, że twórcy nie precyzują dokładnie czasu akcji, świadczy o próbie nakreślenia uniwersalnej, pirackiej opowieści, w której zamiast historycznych odniesień ważniejsza jest przyswajalność ikonografii i gra popkulturowymi motywami.

Jean Dufaux, który potrafi być scenarzysta nierównym, w przypadku „Barakudy” mile zaskakuje – nigdy nawet bym nie przypuszczał, że jego najnowsze historie będą lepiej się sprawdzać niż te, które w ostatnich latach wychodziły spod ręki Jean Van Hamme’a. Dufaux proponuje naprawdę soczystą opowieść, w której duch przygody kusi mniej niż realistyczna wizja pirackiego fachu. Realistyczna w stopniu tak dużym, że czasem chyba nawet na granicy przerysowania – emocjonalna intensywność płynąca z wydarzeń momentami wydaje się być dokręcona niemal do oporu, ale czyż nie tego rodzaju emocje od dawien dawna charakteryzowały korsarskie opowieści?

Z pewnością dużo świeżości wprowadza do fabuły skupienie uwagi twórców na losach młodych bohaterów, dla których, zgodnie z okładkowym, intensywnym w przekazie blurbem, Dufaux nie ma żadnej litości wystawiając ich na niebezpieczeństwa i posępne uroki dorosłego świata. To nie przygoda, a raczej szkoła przetrwania, tym bardziej, ze podczas pobierania nauki, jak nic można stracić swoją duszę. Zresztą twórcy wcale nie ukrywają, a nawet mówią to wprost słowami kapitana Blackwooda, że ich opowieść rozgrywa się w ziemskim piekle. Stąd jej intensywność i stąd znikający szybko z historii, jednoznacznie pozytywni bohaterowie. Aby przetrwać, nie ma tu sensu grać  dobrem. I raczej nie ma co liczyć w „Barakudzie” na szczęśliwe zakończenie. Zdziwiłbym się bardzo, gdybyśmy takie dostali.

Kategorie
komiks
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz