Next Film
kino / dvd

Ziarno prawdy

Po pięcioletniej przerwie twórca „Rewersu”, Borys Lankosz powraca do kin z „Ziarnem prawdy” – adaptacją bestsellerowej powieści Zygmunta Miłoszewskiego. 

 

Nie wiem czy inni recenzenci tak mają, ale ja owszem. Bardzo długo wahałem się czy pisać o „Ziarnie prawdy” Lankosza czy też nie. Powód? Bardzo prosty. Po prostu chyba mi nie przystoi. Po pierwsze: od bodaj lat dziesięciu kumpluje się z Zygmuntem. Znamy się od jego pierwszej książki, pijaliśmy razem wódkę, gadaliśmy o najróżniejszych rzeczach. Pisanie o kolegach nigdy nie jest czymś komfortowym. Koleżeństwo może wyparzyć zdroworozsądkowe podejście do dzieła. Kto twierdzi inaczej – zwyczajnie kłamie. Po drugie – umówmy się jesteśmy tylko ludźmi. Nie mogę zatem gwarantować, że gdzieś tam w głębi siebie nie zazdroszczę Zygmuntowi udanej kariery i filmów. A zazdrość jak wiemy doradcą jest złym. Nawet domniemana. Jakby tego było mało bardzo lubię Borysa Lankosza, który jest człowiekiem przemiłym i kochanym. Napiszę, że mi się nie podobało – skrzywdzę kolegów. Napiszę, że mi podobało – ci, którzy znają mnie i Zygmunta uznają, że się podlizuję. Nie żebym się oglądał na to, co mówią inni, ale… I tak się bujałem z tym filmem i bujałem, do pierwszego pokazu prasowego. Tuż po nim wyczytałem (głównie w komentarzach na FB)o „Ziarnie prawdy” rzeczy, od których zrobiło mi się gorąco…

A to, że Więckiewicz to fatalny Szacki. A to, że Lankosz nie potrafi prowadzić aktorów. A to, że fabuła się rozłazi, muzyka jest fatalna, a w ogóle to dramat nie film. I uznałem, że jednak o tym filmie napiszę. Tak szczerze jak potrafię. Nie po to by bronić kolegów (ci obronią się sami) a filmu, który zaatakowano dość niesłusznie i niesprawiedliwie.

Owszem „Ziarno prawdy” arcydziełem nie jest. Ale też i w arcydzieło nie celuje. Powieści Zygmunta są sprawną rzemieślniczą robotą, film Lankosza zaś to sprawny, choć nieunikający niedoskonałości kryminał. Zacznę od błędów, żeby najgorszą część mieć za sobą. Otóż w przeciwieństwie do Krzysztofa Vargi nie uważam, aby błyskotliwe cięte riposty Szackiego były czymś, co wynosi scenariusz pod nieboskłon. Przeciwnie. Przenoszenie przez Lankosza i Miłoszewskiego literackich grepsów na ekran trąci sztucznością. Przez to, że Lankosz z całych sił starał się być wierny powieści, przez moment zapomniał o tym, że dialog w filmie ma zupełnie inny ciężar niż dialog w powieści. To co na kartce papieru brzmi wiarygodnie, wcale nie musi dobrze brzmieć w ustach bohatera filmu. Niestety. I to w „Ziarnie prawdy” boli mnie najbardziej. Zbyt wielkie przywiązanie do tekstu, zbyt mała ingerencja reżysera i scenarzysty w język. Przez co chwilami postacie w „Ziarnie…” mimo, iż mówią rzeczy mądre, błyskotliwe i literacko dobrze napisane, po prostu nie brzmią. Zupełnie jakby Lankosz zapomniał o tym, że adaptacja powieści wcale nie musi równać się przepisaniu jej tekstu. Czasami lepiej dodać coś od siebie, niż kurczowo trzymać się tego, co spisał autor. I jeszcze jedno – w filmie w którym dialog nadaje tempo akcji, naszpikowanie go grepsami sprawia, że owszem publiczność jest zachwycona błyskotliwymi frazami, ale akcja bezustannie tkwi w miejscu. Szybkość ripost nie przekłada się na dynamikę fabuły.

Na szczęście nie zapomniał Lankosz o innych rzeczach. Przede wszystkim o postaci prokuratora Szackiego. Tym co niesie dobry kryminał, to nie wyszukana zbrodnia a charakterna postać bohatera, której chce się towarzyszyć i dopingować. W powieściach Szacki jest irytująca życiową pierdołą, zaś u Lankosza… No właśnie u Lankosza prokurator ma twarz Więckiewicza, który przez cały film gra Szackiego wkurzonego, wściekłego i absolutnie antypatycznego. Zarozumiały bufon i drań, ale wynikami. Nie lubimy go, ale ma w sobie to coś, co sprawia, że chcemy oglądać dalej. Antybohater, który został bohaterem… Tak. I to był kapitalny pomysł. W zalewie takich samych zmęczonych życiem filmowych gliniarzy i detektywów Szacki Więckiewicza wyróżnia się swoją wściekłością i irytacją. Obie te cechy zresztą dobrze kontrastują z życiowym doświadczeniem gliny granego przez Jerzego Trelę. Ładnie też radzi sobie Lankosz z galerią postaci otaczających prokuratora. Epizod Jakubika jest zabawny, rabin w scenie, która w powieści była dość irytująca, tu wypada bardzo dobrze, przez plan miga udanie także Jacek Poniedziałek (na POPie pokazywaliśmy epizod z nim).

Poza aktorami „Ziarno…” to także kapitalne zdjęcia. Sandomierz, który w „Ojcu Mateuszu” wygląda pocztówkowo tu ukazuje swoje drugie, ponure oblicze. Obok pięknych zabytków i kamieniczek mamy, zatem i zaniedbane stare domy, brud, biedę i mrok. Pocztówkowe miasteczko nagle przestaje być pocztówkowe i to Lankosz dobrze ogrywa. Zresztą nie tylko to. Nasze narodowe kompleksy, antysemickie obsesje. To wszystko, z czym rozprawiał się w powieści Miłoszewski, tu także jest obecne. I robi wrażenie, bo jest naturalnie wpisane jest w rozwój wydarzeń.

Jest zatem „Ziarno prawdy” jak dla mnie filmem pękniętym. Pięknie nakręconym, ze świetną postacią protagonisty, który traci swój rozpęd w chwilach, gdy bohaterowie przestają mówić a zaczynają deklamować zapisane w powieści teksty. Wtedy w tym filmie mi coś zgrzyta. Nagle rasowy kryminał z wściekłym draniem w roli głównej zamienia się w teatr telewizji. Bardzo dobry, stylowy teatr telewizji, ale w kinie spodziewam się czegoś innego. I tylko mam nadzieję, że koledzy się nie obrażą.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz