kino / dvd

Zashchitniki – Pierwsze koty za płoty [recenzja]

Łatwo byłoby przejechać się po Zashchitnikach . Film wystawia się na krytyczny ostrzał jak żołnierz na odkrytym polu. Wad nie wolno przemilczeć, ale należy też pamiętać, że to pierwsze kroki Rosjan w superbohaterskim kinie.

Powiedzmy to od razu. Zashchitniki (ang. Guardians) są festiwalem zmarnowanego potencjału. Oswojeni z przyjaznymi Avengersami, plastikowym mrokiem DC i brudem Logana chcielibyśmy zobaczyć herosów z trochę innej szerokości geograficznej. Podejrzewam, że przy pierwszych zapowiedziach wielu liczyło na odmienne, mocne podejście do kina super-bohaterskiego. I pewnie kiedyś się doczekamy – ale jeszcze nie w Zashchitnikach.

Film Andreasyana praktycznie nie zawiera fabuły, opowieści. To znaczy, owszem, posiada scenariusz, ale ten przez większość czasu nie przedstawia żadnej historii. Zashchitniki są ciągiem źle obrobionych, naprędce pozszywanych klisz, od których nawet najbanalniejsze Marvelowe popierdółki starają się uciec.

Mamy szalonego naukowca, odmienionego wypadkiem. Facet oczywiście zapragnął przejąć władzę nad światem. A że ma do tego środki – władzę nad urządzeniami elektrycznymi i mechanicznymi oraz parę w łapach – to co sobie będzie żałował. Mamy też tytułowych bohaterów, którzy zyskali moce w wyniku eksperymentów wspomnianego wcześniej wariata. Zachęcani przez dowódczynię programu „Patriot” (wcale-nie-Nick-Fury-w-spódnicy) zbierają się w drużynę. I ruszają do boju. Dalej stanie się dokładnie to, co przewidzieliście – w najbardziej podstawowym układzie.

Scenariusz Zashchitników wygląda jak ledwie obroniona praca dyplomowa z początku lat ’70 XX wieku. Coś takiego mogło powstać na długo przed Supermanem Richarda Donnera – albo u schyłku lat ’90, w epoce Batmana i Robina – ale nie później. Tutaj bohaterowie nie rozmawiają normalnie, bo i nie mają o czym. Scenarzysta wcisnął im w usta ekspozycje mające zbudować iluzję ciągu przyczynowo-skutkowego. Razem z dialogami do piachu idą więc szczątkowo zarysowane relacje między bohaterami, które powinny być motorem napędowym podobnych produkcji.

Praktycznie cały pierwszy akt o genezie bohaterów został sprowadzony do całkiem klimatycznej, ale zdawkowej sekwencji obrazków puszczonej podczas napisów początkowych. Innymi słowy – tej fabule brakuje miejsca na rozbieg i jakichkolwiek fundamentów do budowania opowieści. Szkoda, gdyż kilka całkiem znośnych momentów mogłoby wtedy zyskać odpowiedni wydźwięk emocjonalny, a tak zostają zepchnięte w pustkę.

Aktorzy nie wypadają jakoś szczególnie dobrze, ale z drugiej strony – nie można im też niczego zarzucić. Po prostu w Zashchitnikach nie ma do czego grać. Można się wdzięcznie zaprezentować, bo piękne słowiańskie panie robią wrażenie, a mężczyźni po bohatersku prężą muskuły. Można jeszcze ewentualnie postać, wygłosić kwestię i wziąć udział w lepiej lub gorzej sfilmowanej demolce.

Co ciekawe, mimo siermiężnego i nieporadnego wykonania, w sekwencjach akcji film ożywa. Tylko ludzi zaimpregnowanych na urok przesady nie ujmie widok niedźwiedzia z minigunem czy słowiańskiej piękności rozprawiającej się z tabunem uzbrojonych po zęby gierojów w balecie przemocy. Kilka scen było autentycznie zabawnych w taki specyficzny, gorzki rosyjski sposób, znany z tamtejszych książek i filmów.

Zazwyczaj jednak reżyser boi się w jakikolwiek sposób wykorzystać unikalną narodową tożsamość, jaką ma podaną na talerzu. Militarny fetysz, kult wojska i kilka dziwnych, uroczo przegiętych scen nie zamaskuje faktu, że mamy do czynienia z niezdarną zrzynką z co bezpieczniejszych produkcji amerykańskich.

Można by się jeszcze długo pastwić nad „Zashchitnikami”. Nie oberwało się jeszcze bardzo nierównym efektom specjalnym czy ładnym, ale kopiującym „Avengersów” ujęciom. I tak dalej, do skutku i bez celu. Bo już po chwili, wbrew całkiem klimatycznym zwiastunom widać wszystko jak na dłoni – to film zły. Niedorobiony. Autentyczny może przez kilka sekund. W tym kopaniu leżącego umyka nam jednak drobny szczegół.

To pierwsze kroki rosyjskiej kinematografii na super-bohaterskiej ścieżce. Tamtejsi realizatorzy są w plecy o ładne kilkadziesiąt lat szukania własnych metod, tożsamości i sposobów na realizowanie komercyjnych widowisk z duszą. A musieli wskoczyć w świat, który ujrzał Mrocznego Rycerza, Logana, Deadpoola czy Strażników Galaktyki.

To nie jest dystans nie do nadrobienia, ale podejrzewam, że potrzeba jeszcze kilku filmów, by filmowcy ze wschodu złapali odpowiedni rytm i znaleźli własny język. W międzyczasie można sobie puścić Zashchitników jako przerywnik do seansu z dziełami o rekinach.

Zashchitniki (2017), reż. Sarik Andreasyan, scen. Andrey Gavrilov
Ocena końcowa: 35 %

Kategorie
kino / dvd

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Dodaj komentarz