kino / dvd

Witaj w klubie

Witaj w klubie (Dallas Buyers Club). Reż. Jean-Marc Vallée. Wyk Matthew McConaughey, Jared Leto, Jennifer Garner. USA (VUE Movie)

 

Kiedy dwie dekady temu Matthew McConaughey rozpoczynał karierę, wydawało się, że skończy jak klasyczny amerykański ładny blondynek. Do czterdziestki pogra sexy surferów, a potem słuch po nim zaginie. A tu niespodzianka. Kilka lat temu, bowiem McConaughey nagle zerwał z wizerunkiem ślicznego pana (konkretnie w „Barniem” Linklatera) i coraz lepiej gra w coraz lepszych filmach. Najlepszym dowodem na to jest popisowa rola „Witaj w klubie”, za którą zresztą zupełnie słusznie otrzymał Złotego Globa i Oscara.

 

 

Aktor wciela się tu w postać Rona Woodroofa, prostego elektryka (nomen omen) z Teksasu, który pewnego dnia dowiaduje się, że jest nosicielem HIV i zostało mu trzydzieści dni życia. Akcja filmu toczy się w latach 80. kiedy Woodroof i masa podobnych mu samców alfa uważała, że wirus HIV i AIDS to choroba pedałów i narkomanów. Kiedy zatem o stanie zdrowia bohatera dowiadują się jego kumple z pracy i rodeo wszyscy – uznając go za geja – się od niego odsuwają. Skazany na śmierć mężczyzna nie ma jednak zamiaru się poddać. Najpierw w nielegalny sposób zdobywa leki uodparniające, a kiedy te zawodzą odwiedza w Meksyku pewnego dziwnego lekarza. Od niego dowiaduje się o istnieniu medykamentów niedopuszczonych do użytku przez amerykański rząd i farmaceutyczne korporacje. Woodroof, który pragnie żyć ponad wszystko zaczyna sprowadzać je z Meksyku. Kiedy okazuje się, że tabletki działają, zaczyna on na własną rękę „leczyć” innych chorych tworząc specyficzny „klub” nosicieli i chorych na AIDS. A rząd nie ma zamiaru przymykać na takie praktyki oczu.

 

Jakkolwiek surrealny wydaje się wam powyższy opis to wszystko prawda. Wodorów w latach 80. w Teksasie założył klub, w którym opłata klubowa pokrywała koszty leków. Jego przybytek jak się okazało miał o wiele większą skuteczność w spowalnianiu rozwoju wirusa HIV niż oficjalne szpitalne kuracje, przez co teksański szpital w pewnej chwili zaczął świecić pustkami. Dziwkarz i pijak w obliczu śmierci przeszedł przemianę stając się niemalże aniołem niosącym pomoc potrzebującym i wzgardzonym. McConaughey świetnie dwoistość swojego bohatera oddaje a w swojej kreacji wzbija się na wyżyny aktorstwa (których nikt za bardzo się po nim nie spodziewał). „Witaj w klubie” to on, a każda scena, w której się pojawia hipnotyzuje. A przy tym ratuje też film.  Ratuje, bo o ile aktorsko „Witaj…” (świetny jest tu także Jared Leto w roli transseksualnego wspólnika bohatera) tak fabularnie można mu niestety sporo zarzucić.

 

Niepotrzebnie bowiem twórcy „Witaj…” mocno podkreślają przemianę bohatera. Niepotrzebnie koncentrują się na wątku lekarki, w której podkochuje się Woodroof. Już sama historia tak walki z chorobą jak i biurokracją jest niebywale przejmująca. Podbijanie jej osobnymi dramatami zamiast wzmacniać ją, wprowadza element fałszu i przekłamania.

 

Ponieważ „Witaj w klubie” to film w służbie idei, jego reżyser i scenarzyści zmanipulowali rzeczywistość, tak, aby ideę podkreślić jeszcze mocniej. O ile jeszcze zrobienie z bohatera na początku filmu homofoba da się wytłumaczyć dramaturgią fabuły (w rzeczywistości ponoć Woodroof nigdy homofobem nie był). Tak dopisanie do jego historii zmyślonych wątków jest już niesmacznym  nadużyciem. Ron nigdy nie miał wspólnika transseksualisty, nie poznał też i nie pokochał pięknej i mądrej lekarki. Wszystko, co osiągnął w walce z chorobą, osiągnął sam, kurczowo trzymając się życia.

 

Żeby nie było, że nagle podłączam się do lamentu antygenderowego itp. Nie. Po prostu prawdziwy życiorys Rona Woodroofa był tak niesamowity i fascynujący, że niepotrzebował on liftingu. Decydując się na niego twócy  zachowali się tak jakby w moc miłości jaką Woodroof darzył życie zwątpili i musieli wspomagać ją  dorzucając elementy oczywiste i banalne. Nie zabijają one filmu, bo to wciąż kawał świetnego kina. Ale tylko świetnego. A mógł to być wielki film i o  samotnym facecie, i o miłości do życia, i o tym, że rząd woli nas zabić niż leczyć, i wreszcie o tym, że wobec choroby i śmierci wszyscy jesteśmy równi. Tak mało brakowało…

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz