Galapagos
kino / dvd

Wada ukryta

Paul Thomas Anderson adaptuje najbardziej „przystępną” powieść Thomasa Pynchona tworząc swój… no właśnie. „Wada ukryta” zaczyna się genialnie, ale energii starcza jej gdzieś na godzinę seansu.

Powieściowa „Wada ukryta” w bibliografii najbardziej tajemniczego współczesnego pisarza Ameryki nie bez powodu uchodzi za powieść najlżejszą i najłatwiejszą w odbiorze. Próżno w niej szukać szalonych wolt stylistycznych, zawiłej fabuły i dziwnych literackich zabiegów. Ten hołd dla powieściowego noir rządzi się prawami gatunkowymi, a jego fabuła jest, zgodnie z zasadami tego typu literatury, przewidywalna do bólu. Oczywiście ten zabieg z uproszczeniem fabularnym i koncepcyjnym służył Pynchonowi do kolejnej literackiej zabawy z rzeczywistością, w której granica między tym, co prawdziwe a wymyślone bezustannie się zacierała.

I tu dochodzimy do największego problemu filmowej „Wady ukrytej”. Otóż Anderson adaptując wiernie powieść, w pewnym momencie gubi się w grze z rzeczywistością, a jego film dryfuje na mielizny nie tyle, co banału, a zwyczajnej nudy. Ale po kolei.

Bohaterem „Wady…” jest wiecznie naćpany prywatny detektyw Larry „Doc” Sportello. Kiedy dowiaduje się, że jego była zaginęła rozpoczyna śledztwo. Gdy naszemu bohaterowi zacznie przybywać coraz dziwniejszych klientów, prosta wydawałoby się sprawa zacznie się komplikować. Dodajmy, że akcja toczy się tu w latach 70., hippiesowska subkultura powoli dogorywa, a lato miłości odchodzi w zapomnienie…

Anderson, pilny uczeń Roberta Altmana, swoją „Wadą…” składa hołd jednemu z najlepszych i najbardziej niedocenionych filmów mistrza – „Długiemu pożegnaniu”. Tyle, że miesza je z marihuanowym poczuciem humoru rodem z „Big Lebowskiego”. I to połączenie (szyderczego podejścia do noir z kinem kompletnie upalonym) przez pierwszą godzinę projekcji sprawdza się doskonale. Andersonowi jak mało któremu twórcy udało się oddać filmową narracją, narrację upalonego mózgu. Wątki kompletnie się ze sobą nie łączą, bohater błądzi po omacku, a kamera raczy nas cudownie abstrakcyjnymi obrazkami (jak choćby ten z twardzielem gliniarzem, jedzącym powoli banana w czekoladzie…). Oddając idealnie stan otumanionego umysłu, Anderson dodatkowo bawi się popkulturą serwując nam, co chwila kadry nawiązujące do kanonu noir, a już samego siebie przechodzi w sekwencji palenia papierosów we mgle.

Tyle, że wszystkie te żarty, filmowe cytaty i zabawy z rozedrganą rzeczywistością, (w której nawet bohater nie wie, co jest prawdą a co omamem) po godzinie niestety zaczynają nużyć, orientujemy się, bowiem, że poza nimi reżyser nie ma nam nic więcej do zaproponowania. Ciąg wizyjnych obrazków przeplatać będą długie debaty i rozmowy, z których nic nie wynika, a nie mają one zupełnie wpływu na świat przedstawiony. I tak już będzie do końca. Początkowa energia i poczucie humoru ustąpią miejsca znużeniu, a jakby tego było mało Anderson zacznie powielać te same grepsy, tyle, że w mniej śmieszy, a bardziej przewidywalny sposób.

Szkoda, bo „Wada ukryta” mogła być nie tylko genialną zabawą z konwencją, ale przede wszystkim mądrym filmem o zacieraniu granic między fikcją o prawdą. Opowieścią o rozczarowaniu i pustce lat 70. Zamiast gorzkiej opowieści o tym, że świat nie jest tym, czym się nam wydaje, otrzymaliśmy pęknięty, a w drugiej części mocno pretensjonalny, film o niczym. Z rewelacyjną obsadą, kapitalną muzyką i świetnymi zdjęciami. Szkoda.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz