kino / dvd

W imię…

W imię… Reż. Małgorzata Szumowska. Wyk. Andrzej Chyra, Mateusz Kościukiewicz, Maja Ostaszewska, Łukasz Simlat, Polska 2013. Kino Świat

Film na festiwalu w Gdyni zdobył Srebrne Lwy, Małgorzacie Szumowskiej przyniósł nagrodę za reżyserię, a Andrzejowi Chyrze – tytuł najlepszego aktora w roli pierwszoplanowej. Całkiem niezły wynik. No ale też i niezły jest sam film, a nawet więcej: jest zaskakująco dobry. Chociaż akurat chyba nie reżyseria jest jego najmocniejszą stroną. Szumowska najwyraźniej miała kilka pomysłów na zakończenie i z żadnego nie chciała zrezygnować. Stąd film ma długi finisz składający się jakby z trzech finałowych scen, z których każda kolejna dopowiada to, co było niedomówieniem i zawieszeniem w poprzedniej.

Reżyserka widać uznała, że jeśli powiedziało się „w imię”, to trzeba też powiedzieć i „amen”. Ale takie wyłożenie kawy na ławę wcale nie było konieczne. Szumowska niepotrzebnie też w paru miejscach wdała się w stylistyczne i symboliczne – a i też cokolwiek manieryczne – gierki (vide: Pieta w wydaniu męskim). Choć tu od razu muszę przyznać, że i tak wykazała się niezwykłą jak na siebie dyscypliną. Chciała opowiedzieć prostą historię o nieprostych sprawach i w sumie jej się to udało. A najbardziej zaskakujące jest to, że Szumowska w tej swojej opowieści o księdzu-homoseksualiście, który zakochał się w swoim młodym parafianinie, jakby świadomie zrezygnowała z taktyki zastosowanej w „Sponsoringu”. Tam przede wszystkim liczył się szok i obyczajowa prowokacja, tu ważna jest prawda wewnętrzna postaci (w tym zresztą „W imię…” bliskie jest świetnym „33 scenom z życia”), tam wszystko zmierzało od pretekstu do pretensji, tu dotykamy jakby mimochodem samej istoty rzeczy. Tego, co siedzi w człowieku, co go uwiera, boli, a co paradoksalnie może być też zarazem źródłem szczęścia. Bo też Szumowska nie przedstawia nam tu dziejów grzechu a dzieje miłości. Niby „innej”, ale jakoś przecież bardzo autentycznej. Dlatego nie sądzę, by „W imię…” wywołało jakiś wielki skandal czy święte oburzenie, na przykład wśród duchownych. Bo to gruncie rzeczy bardzo koncyliacyjna „ludzka” historia, która w żaden sposób nie jest wymierzona w kler. W końcu to nie jest opowieść o hipokryzji a o emocjonalnym i duchowym rozdarciu. A sceny miłosne między facetami nie będą bulwersować i siać zgorszenia? – ktoś zapyta. Pewnie będą, mnie akurat dosłowność tych scen przeszkadza, no ale z drugiej strony „W imię…” nie jest opowieścią dla pensjonarek, dla których miłość to czysto romantyczna abstrakcja. Tu fizyka ciał zaświadcza o realizmie przekazu. Zresztą w polskim kinie takie homoerotyczne sceny miłosne to żadne novum, wystarczy tu przypomnieć „Pożegnanie jesieni” Trelińskiego czy „Kochanków z Marony” Cywińskiej.

 

Wspomniałem na początku, że to nie reżyseria jest najmocniejszą stroną tego filmu, choć w ostatecznym rozrachunku Szumowskiej i tak należą się brawa. Otóż największym atutem tego filmu jest aktorstwo, zwłaszcza kreacja Andrzeja Chyry w roli pogubionego księdza Adama. Bez Chyry nie byłoby tego filmu, bo żaden inny aktor nie potrafiłby obronić swojego bohatera i sprawić, by widz stanął po jego stronie. Świetny epizod ma tu też Maja Ostaszewska, która wcieliła się w Ewę, próbującą uwieść księdza Adama. Co za gra, co za seksapil… Sceny, w których Ostaszewska i Chyra występują razem, są niezwykłe, bo czuć, że między tą dwójką aktorów jest jakaś wielka chemia (nie mam tu oczywiście na myśli żadnych zdrożności, chodzi mi o zawodowe sprawy). Kiedy na nich patrzyłem, pomyślałem sobie, że ktoś pod ten duet powinien koniecznie napisać scenariusz. Ktoś… ale raczej Szumowska czy Pawlikowski niż Bromski.


 

Kategorie
kino / dvd

Dodaj komentarz