kino / dvd

Valerian i Miasto Tysiąca Planet – dwieście milionów wydanych na bieganie i drewniane dialogi [recenzja]

„Valerian…” to wedle wszystkich danych najdroższy niezależny film w historii kina francuskiego, który kosztował ponad dwieście milionów dolarów. Niestety na kartach historii zapisze się nie jako największy triumf, a kasowa porażka. Ale nie tylko kasowa.

Od kilku dni po internecie krąży radosna recenzja z „Valeriana…”, której to autor stawia tezę, że jest to film, jaki zdarza się w kinie raz na dekadę. Błąd. Przyglądając się tegorocznym blockbusterowym premierom, najnowszy obraz Bessona, idealnie wpisuje się w nowy trend – gigantyczne budżety i gigantyczne porażki. I nie myślę tu tylko o porażkach finansowych. Ale po kolei.

„Valerian i miasto tysiąca planet” to projekt życia Luca Bessona. Pracował nad nim lata. Efekty specjalne pochłonęły fortunę. A sam film miał z jednej strony oddawać hołd francuskiemu komiksowi, z drugiej być najpiękniejszą kosmiczną baśnią jaką widziało ludzkie oko. I tu zaczynają się problemy. O ile bowiem faktycznie „Valerian…” wizualnie jest filmem przepięknym, tak poza urodą niestety zbyt wiele do zaoferowania nie ma.

Zresztą trudno nie odnieść wrażenia, że „Valerian…” cierpi na tę samą przypadłość, co wcześniejszy film Bessona, będący adaptacją francuskiego komiksu – „Niezwykłe przygody Adeli Blanc-Sec”. Tak jak tam scenariusz wydaje się być traktowany jak zbędny dodatek do akcji, a całość grzęźnie w montażowym i realizacyjnym chaosie. Ten chaos zresztą stał się w ostatnich latach znakiem rozpoznawczym filmów Bessona, które owszem, zazwyczaj mają znakomite otwarcie, a po nim następuje zbędna część dalsza, w której bohaterowie biegają, spotykają przezroczyste postaci, by w finalne widz mógł popatrzeć na wielkie bum. Tak właśnie wygląda „Valerian…” – dwieście milionów wydanych na bieganie i drewniane dialogi. Misja pary bohaterów (swoją drogą między ekranową parą Dane DeHaan i Cara Delevingne jest tyle chemii co w knajpie wegańskiej), przestaje kogokolwiek interesować, a cały film stacza się niebezpiecznie w rejony ostatniej „Mumii” – czyli jest sennie i coraz bardziej bez sensu.

Na dziś „Valerian…” zarobił niespełna sześćdziesiąt milionów. Film debiutował już niemal na wszystkich filmowych rynkach i tego wyniku raczej już nie poprawi. Nie musiało tak być. I to nie musiał być tak chaotycznie niezborny film. Gdyby tylko Besson odpuścił reżyserię i oddał ją w ręce któregoś ze swoich młodych filmowych pistoletów z EuropaCorp. Ale on się uparł. I ma. I mamy. I płaczmy. Bo w ostatnim czasie wielkie produkcje to same filmowe katastrofy.  

Valerian i miasto tysiąca planet. Reżyseria: Luc Besson. Obsada: Dane DeHaan, Cara Delevingne, Clive Owen, Rihanna, Ethan Hawke. Francja 2017. Ocena: 35%

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz