kino / dvd

TO – Stephen King i mistrzowska adaptacja [recenzja]

Po latach sygnowania sobą przeciętniaków a nawet gniotów, nazwisko Stephena Kinga nareszcie błyszczy w kinie. Nowa adaptacja „To” jest filmem na jaki twórczość króla horroru czekała od lat. Znakomitym.

Wielbiciele Kinga dzielą się na dwie grupy: tych, którzy uważają, że Bastion to opus magnum pisarza, i tych, którzy za takowe uznają To. I chociaż w niejednym wywiadzie sam pisarz podkreślał, że Bastion to jego najambitniejsza powieść, pozwolę sobie się z nim nie zgodzić, uznając jednak To, za tę najambitniejszą.

Tym bardziej że To, poza tym, że należy do najlepiej napisanych powieści Kinga w całym jego dorobku, to także powieść niebywale istotna.

 To jest jego wariacją na temat starej bajki o trollu mieszkającym pod mostem. Snując tę opowieść, King (swoją drogą to zabawny paradoks, że zaczal ją pisać podczas pracy nad Bastionem) oddał w niej hołd wszystkim potworom jakie tylko przyszły mu do głowy i każdemu gatunkowi nadprzyrodzonego horroru. A wszystko po to, by wraz z ukończeniem To porzucić pisanie o potworach. To miało być czułe pożegnanie tak z potworami, jak horrorem samym w sobie. Fakt, przez lata od premiery To nie pisał on o potworach, za to w jego książkach pojawiali się źli kosmici, nawiedzone samochody i inne tego typu straszydła.

Ale odczytanie To tylko przez pryzmat literackiego pożegnania z horrorem, ma tyle sensu, to uznanie Biblii za czytadło. Ta powieść jest tylko pozornie kolejną gatunkową wprawką mistrza. Pozornie, bo pod płaszczykiem opowieści o dzieciach ścigających zło, King tak naprawdę opowiada o bezpowrotnie utraconej dziecinnej niewinności. O nieuchronnym upływie czasu i zmianach, jakie następują w naszych życiach, na które nigdy nie mamy wpływu. Bo dorosnąć musi każdy. Czy tego chce, czy nie. Jest więc To opowieścią o przemijaniu z lękiem, strachem i czułością, ale i nostalgią w tle. Idealna mieszanka, sporządzona w idealnych proporcjach. King niczym genialny aptekarz układa swoją opowieść w sposób perfekcyjny. Sceny straszne sąsiadują ze scenami zabawnymi. Nostalgiczne, z czułymi. Śmiech miesza się ze łzami, a w innych miejscach łagodzi wszechobecną grozę.

Wielu osobom wydaje się, że wiedzą jak napisać horror. Kiedy przychodzi jednak do samego aktu tworzenia, wszystko kończy się małą tragedią, bowiem zaburzając proporcje między elementami oczyszczającymi (śmiechem, łzami i strachem), zmierzają autostradą do piekła, czy raczej krainy patosu i oczywistości. To tego uniknęło. W zasadzie nie będzie przesadą powiedzenie, że ustanowiło kanon współczesnej opowieści grozy, której trudno dorównać, a jeszcze trudniej zekranizować.

Ponieważ To ma ponad tysiąc stron, King często podkreślał w wywiadach, że gdyby to on pisał adaptację powieści, powstałby pierwszy miniserial trwający trzydzieści dwie godziny. Nie powstał. Stacja ABC, która wykupiła pod koniec lat 80. prawa do ekranizacji powieści najpierw obiecywała stworzyć serial trwający ponad dziesięć godzin. Kiedy w tabelkach koszt produkcji przestał zgadzać się z potencjalnym przychodem, stacja skróciła serial do godzin trzech, kosztem rezygnacji z udziału w nim George’a A. Romero. W finale serialowe To zostało zrobione przez Tommy Lee Wallace’a i mimo swoich niedociągnięć i odstępstw od powieści i tak zapisało się złotymi zgłoskami w historii telewizji. Raz – ustanawiając rekordową frekwencję widzów (ponad trzydzieści milionów na dwa odcinki). Dwa – dzięki niezwykłej kreacji Tima Curry’ego wcielającego się w demonicznego klauna Pennywise’a.

Wspominam o tym wszystkim, aby pokazać w jakiej sytuacji znalazł się Andy Muschietti, czyli twórca nowego To. Z jednej strony miał za plecami literackie arcydzieło. Z drugiej telewizyjną legendę. W którą stronę ruszysz i tak źle. Jakby tego było mało, przez przeciągającą się latami produkcję filmu (w sumie trwało to osiem lat), adaptacji To urósł pod bokiem mały serialowy konkurent w postaci Stranger Things. Serialu braci Duffer, który powstał poniekąd jako rewanż na Warner Bros i To. W końcu na pomysł swojego serialu bracia wpadli w chwili gdy studio odprawiło ich z kwitkiem jako reżyserów To. Uznano bowiem, że nie mają żadnego dorobku i nikt nie odda im takiego filmu. Więc zrobili swój.

Maschietti, który dodatkowo jeszcze zastąpił na planie Cary’ego Fukanagę (reżyser pierwszego „Detektywa”), mając świadomość oczekiwań oraz tego, że jeśli film się nie uda, jego kariera legnie w gruzach, sytuacji komfortowej nie miał. Ale ponoć stres i napięcie działa najlepiej na kreatywność… No cóż. To jest tego filmowym dowodem. Muschiettiemu udała się bowiem sztuka niezwykła. Stworzył najlepszą od lat adaptację powieści Kinga, która szanuje zarówno powieść, jak serial, ale opowiada historię po swojemu i własnym, zupełnie nowym językiem.

Pierwszą zmianą jest tu czas akcji. To powieściowe toczy się po części w latach 50., serialowe w 60. a kinowe… w 1988 roku. Uwspółcześniając opowieść Muschietti zadbał o to, aby uzupełnić te wszystkie elementy, których w naturalny sposób zabraknie, gdy wyrwie się historię z lat 50. Zamiast zatem ukłonu w stronę narodzin rocka i popcornowego kina grozy, mamy tu ekspansję boysbandów i kino nowej przygody pomieszane z eksplozją filmów grozy lat 80. I tu pierwszy gigantyczny plus. Muschietti odrobił kingowską lekcję i zapamiętał, że powieściowe To było także opowieścią o narodzinach popkultury. Tu zatem mamy w tle opowieść o narodzinach kultury masowej i oswajaniu kiczu.

Kolejną ważną lekcją jaką reżyser nowego To odrobił, jest ta, że u Kinga zawsze najważniejsza jest część obyczajowa. To ona stanowi siłę napędową narracji, a groza budzi lęk dzięki temu, że wnika nagle w oswojoną rzeczywistość. I tak filmowe To jest przede wszystkim opowieścią o grupce znajomych, którą łączy nie tylko lęk przed złem grasującym w miasteczku, ale przede wszystkim wspólnota doświadczeń życiowych i przyjaźń. Tu Muschietti wykazuje się niezwykłą subtelnością i lekkością, kreśląc wiarygodne postaci i ich relacje. A te wcale nie są tak radosne i różowe jak mogłoby się wydawać. Bev jest molestowana przez ojca, Bill cierpi po śmierci brata, Richie ukrywa kompleksy za maską błazna, Ben ma nadwagę i jest obcym w mieście, Stanley  to młody Żyd, Mike widział śmierć rodziców, a Eddie jest tłamszony przez nadopiekuńczą matkę. Dla każdego z nich życie w pojedynkę było nieznośne. W grupie jest przygodą i radością. Truizm? Owszem. Ale też nieśmiertelna prawda o życiu. Porażki, kłopoty i dramaty zawsze lepiej przeżywa się z bliskimi. I o tym także jest To. Ale nie tylko.

To film o oswajaniu lęku. O szukaniu zrozumienia i walce z przeciwnościami. Znamienne, że (podobnie jak w powieści) te przyziemne, ludzkie czarne charaktery to dzieci, które ze swoimi problemami sobie nie radzą. A przecież wydawałoby się, że Henry, który zastrasza bohaterów, równie dobrze mógłby należeć do ich klubu frajerów.

Sposób w jaki napisano i poprowadzono tu dzieci pokazuje, że twórcy To po pierwsze doskonale znają i rozumieją powieść Kinga, po drugie – co chyba ważniejsze – rozumieją jak buduje się napięcie w filmie grozy. W horrorze łatwo jest popaść w patos. W horrorze z dziećmi jeszcze łatwiej. Tu na szczęście Muschietti ani razu nie zbliża się nawet do patetycznych rejestrów, bo wie, że gdy tylko coś wygląda nazbyt wzniośle, lub dosadnie strasznie, należy wprowadzić element, który rozładuje napięcie. I tak scena, która w innym filmie byłaby tandetnym straszakiem (dzieci siedzą w pokoju, oglądają straszne zdjęcia, a drzwi powoli się zamykają), tu przez umieszczenie jednego elementu sprawia, że klisza zamienia się w świeżość. Żeby to osiągnąć naprawdę nie trzeba wiele. Wystarczy dobry scenariusz i kilka pomysłów. Złośliwy żart w scenie ślubowania czy ratowania życia, kąśliwa uwaga itp. Kolejny plus. Gigantyczny.

Dochodzimy wreszcie do klauna Pennywise. Tim Curry w serialu stworzył małe arcydzieło horroru. A co zrobił Bill Skarsgard? Znów – wszystko co jest tu oryginalne, jest tak naprawdę proste. Zamiast wymyślać Pennywise’a, który będzie lepszy, straszniejszy, po prostu dał mu siebie. Swój szwedzki akcent, szwedzkie słowa wplatane w zdania i dziecinny, niewinny głos. Tyle wystarczyło, aby jego klaun stał się zupełnie innym potworem. I przy okazji sprawiło, że od teraz wiele osób zapewne wzdrygać będzie się na dźwięk szwedzkiego.      

Jest zatem nowe To filmem zupełnie innym niż poprzednik. Subtelniejszym (choć paradoksalnie bardziej krwawym, bo klaun tu robi krzywdę drastyczniej), bardziej skoncentrowanym na postaciach niż samym straszeniu. Lęk przychodzi jako konsekwencja dobrze opowiedzianej historii. Jako oczyszczenie.

Pewnie, że puryści będą marudzić na pewne braki w tej części. Że dzieci nie idą do kina. Że nie ma wilkołaka. Że pewne lęki nie są wytłumaczone. Nie są. Nie ma wilkołaka. Nie ma kina. Bo nie musi być. Muschietti opowiada po swojemu. Wyciąga te elementy, które chce uwypuklić. Chwilami więcej zostawia w sferze domysłu. I tu wygrywa po raz kolejny. Bo jak mało który twórca współczesnej grozy wierzy w widza i nie próbuje z całych sił wepchnąć w niego wytłumaczeń, tego co dzieje się w filmie. Dzieje się i już. Jak w życiu. Bo To tak naprawdę jest opowieścią o życiu i mierzeniu się z demonami. Czasami przybierają postać klauna. Czasami ojca. A czasami kolesia z bronią. To jak sobie z nimi poradzimy zależy od nas. I tego czy będziemy sami w tej walce, czy też nie.

To (It). Reżyseria: Andres Muschietti. Obsada: Finn Wolfhard, Bill Skarsgård, Jaeden Lieberher i inni. USA 2017. Ocena: 90%

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry
  • Jak tam u Was? Mikołaj już był? 😉🎅✨ #dredd #judgedredd #actionfigure #threea #2000AD #toys #prezenty #mikołajki #popkultura #komiksy #dystryktzero