UIP
kino / dvd

Szybcy i wściekli 7

Siódma odsłona cyklu „Szybcy i wściekli” i zarazem ekranowe pożegnanie z Paulem Walkerem, który zginął w wypadku 2013 roku.  I trzeba przyznać – jest to wzruszające pożegnanie w pięknym, wybuchowym stylu.

 

 

W zasadzie nowi „Szybcy i wściekli” dokonują redefinicji określenia „kino familijne”. I wcale nie robię sobie tutaj żartów. Kiedy Walker zginął w wypadku samochodowym ekipa „Szybkich…” miała ukończone jakieś siedemdziesiąt procent filmu. Po wypadku produkcję zawieszono, a scenariusz przepisano od nowa, tak, aby… Po pierwsze oczywiście umożliwić kontynuację serii mimo śmierci głównego bohatera. Po drugie jednak, aby pożegnać Walkera w najlepszym, możliwym stylu. Sceptycznie podchodzę do tego typu oświadczeń, bo zazwyczaj kończą się one na dopisaniu scenki śmierci i wzruszającego pogrzebu. Ale tu tak nie ma. Tu o dziwo – pomyślano. (O dziwo, bo kiedy w grę wchodzi budżet wielkości ćwierć miliona dolarów, myślenie nie jest najważniejsze.)  I tak zdecydowano się na krok wzruszający i podkreślający autentyczną ponoć więź, jaka stworzyła się na planie między ekipą. A zatem w siódemce hołd Walkerowi oddają niemal wszyscy bohaterowie (jak na rodzinę przystało), którzy przewinęli się przez cykl, zaś jego bohater nie umiera a odjeżdża niczym współczesny kowboj samochodem do wschodowi słońca (i nowemu życiu). I ktoś mi powie, że to nie idealny przykład film rodzinnego…

Najważniejszą zmianą pod względem fabularnym jest tu oczywiście przeniesienie akcentów fabularnych tak, aby na pierwszy plan wybić nie postać Briana, a Dominika. To on tu będzie najważniejszy i na jego osobie opierać będą się kolejne części cyklu. „Szybcy i wściekli 7” zaczynają się dokładnie tam, gdzie kończyła się część poprzednia. Deckard Shaw (brat Owena, czyli głównego złego z szóstki) kontynuuje swoją zemstę dybiąc na życie kolejnych członków ekipy wściekłych. Po nieudanym zamachu na Hobbsa, próbuje zabić Dominika i Briana. Kiedy w końcu dochodzi do konfrontacji Doma z Deckardem… naszemu bohaterowi życie ratuje tajemniczy pan Nikt (powracający z niebytu Kurt Russell), który składa ekipie propozycję nie do odrzucenia. Pomoże pomścić im śmierć kumpla i schwytać Deckarda, jeśli oni pomogą mu uratować pewną piękną panią hakerkę. Od tego momentu akcja „Szybkich i wściekłych 7” skakać będzie z kontynentu na kontynent, przypominając bardziej naładowanego testosteronem  i szybkimi furami Jamesa Bonda, niż drugoligowy film sensacyjny o zabawie w złodziei i policjantów.

Już przy recenzji z szóstej części pisałem o tym, ale warto powtórzyć. „Szybcy i wściekli” w historii kina akcji to seria ewenement. Pierwszy film (z 2001) roku był stosunkowo tanim filmem sensacyjnym opartym na banalnym schemacie. On, młody tajniak na dorobku, dostaje zlecenie, które może zmienić jego karierę – ma zinfiltrować środowisko latynoskich gangów parających się nielegalnymi wyścigami. Tak poznaje Dominika – charyzmatycznego przywódcę gangu i jego piękną siostrę. Puentę dało się przewidzieć bez oglądania. Brian i Dom się zaprzyjaźnią, robota skomplikuje a granice między złymi a dobrymi zatrą. Pierwsza odsłona serii była w zasadzie filmem skazanym na sukces. Nie przez to, że była wybitna, nie przez to, że naszpikowano ją najpopularniejszymi piosenkami R’n’B ale przede wszystkim przez to, że cynicznie i celowo zagrano w niej podziałami silnymi etnicznymi, niebywale widocznymi i ważnymi w Stanach. A zatem biały chłopak poznaje piękną Latynoskę, źli Latynosi okazują się być zwyczajnie pogubieni a za zło całego świata odpowiedzialni byli karierowicze w policji  i okropni Chińczycy. Skierowanie filmu w Stanach do białej i latynoskiej widowni było strzałem w dziesiątkę. „Szybcy i wściekli” ustanowili rekordy frekwencyjne i zyskali status filmu kultowego. Druga część już bez Dominika nie była udana, trzecia (w której przepraszano Azjatów, przenosząc akcję do Tokio) była jeszcze gorsza. I kiedy wydawało się, że to już koniec, nastąpił nagły zwrot akcji. Powstała część czwarta, w której wrócili starzy bohaterowie, a scenarzyści odeszli od prostego schematu kina policyjnego kierując serię w rejony rasowego kina akcji rodem z opowieści o Jamesie Bondzie, tylko takim ze slumsów. Akcja zaczyna toczyć się w kilku krajach, pościgi stają się coraz bardziej widowiskowe, a bohaterowie zaczynają używać szpiegowskich gadżetów. Każda kolejna część coraz mocniej odsuwała się od konwencji pierwszej, stając się realną konkurencją dla cyklu „Mission Impossible”.

W siódemce tempo nie opada nawet na minutę, a ekipa od efektów kaskaderskich przechodzi tu sama siebie, zwłaszcza w sekwencji, gdy Brian biegnie po opadającym w przepaść autobusie. Oczywiście nie jest to kino mądre, ale mądre być nie musi. Ważne, że zrobione jest z głową, wydarzenia z siebie wynikają, (bo w zasadzie od czwartej części każda kolejna odsłona cyklu z siebie wynika i buduje uniwersum wściekłych), a scenarzyści wkładają w usta bohaterów autentycznie zabawne onelinery. W historii kina akcji drugiej takiej serii nie ma. Zazwyczaj każda kolejna część jest gorsza od poprzedniej aż w końcu stacza się w ponure piekło autoparodii (patrz: „Szklana pułapka”). Tu tak nie ma. Tu co odcinek otrzymujemy napakowaną testosteronem perfekcyjnie zrealizowaną bajkę dla dużych chłopców.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Komentarz
  • Vrumugun
    7 sierpnia 2015 at 22:40
    Skomentuj

    Dla mnie najlepsze były części 1-3. Pozostałe obejrzałem z niemałą przyjemnością, ale to były już typowe filmy akcji, a pierwszą część obejrzałem dla tematyki kręcącej się dookoła nielegalnych wyścigów. Po trzecim filmie oglądałem następne z nadzieją na widowiskowy drift Doma, a tutaj owego wyścigu nie pokazali w 7 nawet przez 5sec. Co do pożegnania Walkera zgadzam się, było wzruszające, to pierwszy film, który określiłem tym mianem. Było to dla mnie trochę jak definitywne zakończenie dzieciństwa, dorastałem poniekąd z tymi postaciami.

  • Dodaj komentarz