kino / dvd

Szatan z 7-ej klasy

Szatan z 7-ej klasy. Reż. Maria Kaniewska. Wyk. Józef Skwark, Pola Raksa, Stanisław Milski, Józef Czechowicz. Polska 1960.

Będzie bardzo osobiście. I nie może być inaczej, skoro „Szatan z 7-ej klasy” –   oczywiście ten w reżyserii Marii Kaniewskiej a nie Kazimierza Tarnasa – był pierwszym filmem, jaki zobaczyłem w kinie. I to, aż strach pomyśleć, w roku jego premiery (młodszym czytelnikom na wszelki wypadek sygnalizuję, że w roku 1960 Polakom znany był już wynalazek koła i druku, nie mówiąc już o Gomułce Władysławie, czasem dla niepoznaki zwanym też Wiesławem). Uczęszczałem wtedy do pierwszej klasy szkoły podstawowej, siłą rzeczy więc nie rozczytywałem się w recenzjach filmowych, zwłaszcza że moje ówczesne lektury nie wybiegały raczej poza „Elementarz” i proste zdania w rodzaju: „Ala ma kota”.

Nie miałem zatem zielonego pojęcia, że „Szatan z 7-ej klasy” Kaniewskiej , jak pisała ówczesna tzw. prasa branżowa, jest dziełem anachronicznym, które archaicznymi przygodami Adasia, Wandy i pana profesora nie jest w stanie zainteresować dziatwy szkolnej. Mnie, zupełnie nieświadomego tych ciężkich zarzutów, akurat zainteresowało. I to bardzo.

Podobnie zresztą jak kumpli z mojego miasteczka, w którym zgodnie ze standardami sprzed pół wieku była jedna szkoła, dwa kościoły, remiza strażacka i obowiązkowo (!) stacjonarne kino. A film musiał zrobić na nas ogromne wrażenie, bo po jego obejrzeniu z kolegami z klasy i podwórka całymi dniami wydzieraliśmy się pod oknami sąsiadów, śpiewając piosenkę „Lato, lato, lato czeka”, z upodobaniem też nadużywaliśmy zwrotu „o cie Florek”, którym w filmie posługiwał się niejaki Werycho (Mieczysław Czechowicz), co to niby malarzem był widoczków, ale rączki miał jak u goryla, no i charakter czarny niczym sadza w kominie. Rozumie się również samo przez się, że uganiając się śladem filmowych bohaterów za skarbami, sprawdziliśmy każde okoliczne drzewo i zajrzeliśmy do każdej dziupli. Nie przepuściliśmy także żadnym drzwiom, które w poszukiwaniu ukrytych informacji z zacięciem i przy pomocy – a jakżeby inaczej – klucza francuskiego systematycznie ogałacaliśmy z klamek, narażając się niejednokrotnie na reprymendy dorosłych, niemogących wskutek naszych zabiegów wyjść z tego czy innego pomieszczenia. A nie muszę chyba dodawać, że owe reprymendy często i gęsto były okraszane wyrażeniami powszechnie uznawanymi za nieparlamentarne, przez co trochę szybciej wkroczyliśmy w dorosłość niż rówieśnicy, którzy „Szatana z 7-ej klasy” nie widzieli. Nic więc dziwnego, że wśród zuchów i ministrantów cieszyliśmy się naprawdę głębokim szacunkiem .

Ten film w nas, pierwszakach, wyzwolił też ogromną niecierpliwość. Jak jeden mąż, i to jak najszybciej, chcieliśmy się bowiem znaleźć w siódmej klasie, kiedy to nasze koleżanki, tak jak w filmie, zwracałyby się do każdego z nas per pan, a my do nich – per pani. Każdy z nas wierzył też święcie, że w siódmej klasie musi spotkać taką dziewczynę jak Wanda. Przede wszystkim tak silną – w końcu Wanda, zwana też Kozą, bez niczyjej pomocy przydygała Adama do domu (na rękach? na plecach?), gdy nieborak po ciosie zadanym mu przez podstępnego opryszka stracił przytomność w ciemnym lesie – no i tak ładną. Jak się wiele lat później miało okazać, w naszych marzeniach nie byliśmy odosobnieni. Przekonałem się o tym, gdy po raz pierwszy usłyszałem „Autobiografię” zespołu Perfect i słowa:„Za jej, Poli Raksy twarz, każdy by się zabić dał”. Deklarowaną w piosence gotowość do poświęceń dla aktorki niniejszym potwierdzam. I to właśnie od chwili jej debiutu w „Szatnie z 7-ej klasy” (Marusia z „Czterech pancernych i psa” przyszła później i z zupełnie innej bajki)

A co o „Szatanie z 7-ej klasy” Marii Kaniewskiej mogę powiedzieć teraz? Chyba jedno – dziś się już takich filmów o młodzieży i dla młodzieży nie robi. Takich grzecznych, by nie rzec, naiwnych. Takich, gdzie nie ma efektów specjalnych, światów wirtualnych, ostrego mordobicia ani krwawych jatek. Takich, gdzie przestępca o fizjonomii taniego drania, czyli w tym wypadku Mieczysława Czechowicza, pija na noc tylko szklaneczkę mleka, gdzie automatyczny jest ołówek a nie dziewięciostrzałowy pistolet, a z brzydkich wyrazów bohaterowie, oczywiście ci dorośli, używają tylko dwu, i to w złożeniu: „do cholery i psiakrew”. Takich wreszcie, gdzie uczniowie mają klasę, której nie muszą potwierdzać nakładaniem ciału pedagogicznemu kosza na głowę, a nauczyciele z wychowankami trzymają sztamę, mimo że wcześniej nie przeszli żadnych kursów samoobrony. Ale właśnie dlatego, że takich filmów już się nie robi, tym bardziej warto zobaczyć te, które już kiedyś w takim duchu zrobiono. Zwłaszcza że zaczęły się wakacje, a „Szatan z 7-ej klasy” to w końcu film o wakacjach właśnie.

 

Nasza ocena: 7,5 /10

Lech Kurpiewski

Kategorie
kino / dvd

Dodaj komentarz