Warner Bros
kino / dvd

Sully – amerykański bohater Eastwooda [recenzja]

Clint Eastwood kocha Amerykę. Amerykę twardych facetów, którzy potrafią bronić swoich przekonań i praw. I o tym jest jego najnowszy film. O facecie, który wziął w swoje ręce stery. Dosłownie.

 

Ta historia zdarzyła się naprawdę. W 2009 kapitan Chesley „Sully” Sullenberger posadził na wodach rzeki Hudson Airbusa A 320. Stado gęsi zniszczyło oba silniki a wodowanie było jedyną szansą na uratowanie pasażerów. Udało się. Nikt nie zginął. I choć tytułowy Sully okrzyknięty został przez prasę i Nowojorczyków narodowym bohaterem, korporacje lotnicze za wszelką cenę próbowały udowodnić, że samolot dało się uratować, a Sully popełnił błąd. I o tym jest film Eastwooda. O walce pilota (wspólnie z drugim pilotem) z korporacją.

Eastwood nie ukrywał nigdy faktu, że kocha Amerykę. Choć tak naprawdę politykiem nigdy nie został, a z Partii Republikańskiej szybko się wypisał, to Ameryka tradycyjnych wartości (czyli silna, niezależna, w której sukces opiera się na ciężkiej pracy amerykańskich rąk) jest najbliższa jego sercu. Amerykańskim chłopcem był bohater „Snajpera”, amerykańscy żołnierze walczący pod Iwo Jimą, nawet Kowalski z „Gran Torino” mimo swojsko brzmiącego nazwiska, był amerykańskim twardzielem, który nie pozwalał krzywdzić innych. W niektórych swoich filmach Eastwood bacznie przygląda się Ameryce i pozwala sobie ją krytykować („Rzeka tajemnic”, „Gran Torino”) w niektórych zaś wystawia jej czuły i szczery pomnik.

„Sully” należy do tej drugiej grupy. To film o zwyczajnym facecie, który został bohaterem, zachował się przyzwoicie i miał jaja. Eastwood takich uwielbia. Sully w wykonaniu Hanksa (bardzo stonowany i subtelnie zagrany), to człowiek, którego nie interesuje schlebianie korporacyjnemu ładowi, a bycie wiernym pracy którą wykonuje. A że jest pilotem, to jego misja jest prosta – ma bezpiecznie dowieźć pasażerów. Nawet jeśli będzie zmuszony zniszczyć kosztujący fortunę sprzęt.

Tuż przed premierą „Sully’ego” Eastwood wygłosił słynne zdanie, że ma dość Ameryki (tu cytuję z pamięci) zarządzanej przez lalusi. Słowa odbiły się szerokim echem, a Eastwooda oskarżono o wszystkie „izmy” tego świata. Oglądając „Sully’ego” jego słowa i bojowy nastrój przestają dziwić. Wszak film ten swoją linię narracyjną opiera na konflikcie: człowiek z zasadami kontra bezduszna, bojąca się nazywać rzeczy po imieniu korporacja. Po stronie człowieka z zasadami stają mieszkańcy Nowego Jorku, Amerykanie, zaś korporacji nie broni nikt. I tę solidarność ludzką Eastwood pokazuje ładnie, może nazbyt patetycznie, ale na szczęście mało inwazyjny sposób.

Oczywiście będą tacy, którym „Sully” do gustu nie przypadnie. Że za amerykański, że powiewa sztandar, a prosty Amerykanin triumfuje. Owszem to wszystko jest. Ale w przeciwieństwie do „Snajpera” tu mnie akurat chwyta za serce. Może wynika to z faktu, że Sully nie potrzebuje karabinu by bronić swoich racji. A może ze zwykłości Ameryki, którą pokazuje Eastwood.

Nie jest to wielki film. Nie dorasta do pięt „Rzece tajemnic” czy „Birdowi”, a chwilami bliżej mu do telewizyjnej narracji rodem z filmów Dicka Lowry’ego. Ale mimo to – wcale mi to nie przeszkadza. A nawet wzrusza.

 

 

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz