kino / dvd

Stalingrad

 

 

Stalingrad (Wołgograd). Reż. Fiodor Bondarczuk. Wyk. Thomas Kretschmann, Heiner Lauterbach, Petr Fedorov. Rosja 2013 (UIP)

 

Fiodor Bondarczuk wyrósł na najbardziej komercyjnego współczesnego rosyjskiego reżysera. O ile jednak osadzona w Afganistanie w latach 80. „9 kompania” skutecznie równoważyła propagandowe zacięcie fabuły mocnym zestawem bohaterów oraz efektowną stroną realizacyjną, tak opowiadający o słynnej bitwie-oblężeniu z czasów II wojny światowej „Stalingrad” jest już tylko i wyłącznie pustą propagandą, na dodatek zbyt często zamiast filmu przypominającą połączenie komiksu i gry komputerowej.

 

 

Jeśli spodziewaliście się po „Stalingradzie” Bondarczuka efektownego i realistycznego kina wojennego zgłębiającego koleje krwawego oblężenia tytułowego radzieckiego miasta, które okazało się punktem zwrotnym II wojny światowej, to nie mogliście się bardziej mylić. Poza kilkoma efektownymi ujęciami cyfrowo płonącego Stalingradu oraz sporadycznymi scenami walk sowietów z nazistami na jakimś zniszczonym rynku lub w opuszczonym domu, w filmie tym wojna i prawda historyczna mają znaczenie zdecydowanie drugorzędne. Pod względem fabularnym Bondarczuk jest bowiem bardziej zainteresowany kreacją quasi-romantycznej telenoweli, która przypomni widzom raczej o nieśmiertelnych socrealistycznych klasykach w rodzaju „Moskwa nie wierzy łzom” Mieńszowa, niż o „Szeregowcu Ryanie” Spielberga.

 

Pod kątem ideologicznym rosyjski reżyser jest z kolei zajęty stawianiem filmowego pomnika wspaniałym, mężnym, nieokrzesanym i hardym radzieckim żołnierzom, którzy potrafią ginąć za ojczyznę tak efektownie (dosłownie w płomieniach, szarżując na siekących w nich karabinami przeciwników), że wielu nacjonalistom zapewne pocieknie kilka łez wzruszenia. W kontekście realizacyjnym „Stalingrad” oferuje natomiast hiperrealistyczną rzeczywistość II wojny światowej, stworzoną przy udziale 3D oraz najnowszych zdobyczy technologicznych, żeby również najmłodsi widzowie, których na razie interesuje jeszcze rozrywka, niemierzenie się z historią, mieli powód, by wydać pieniądze na bilety kinowe.

Wojenny – czy jakikolwiek inny – realizm „Stalingradu” najlepiej opisać za pomocą dwóch scen z filmowego pola bitwy. W pierwszej dzielni radzieccy wojacy wystrzeliwują pocisk burzący w taki sposób, że rykoszetuje (!) on od czołgu (!!) i kreśląc trajektorię lotu w kształcie litery „L” (!!!), trafia w ważny punkt niemieckiego oporu. W drugiej odważni żołnierze rzucają się do straceńczego ataku na przeciwników, pokonując ich za pomocą kombinacji siły i sztuk walki (?) oraz slow-motion, jakiego nie powstydziliby się twórcy „300”. Bondarczuka interesuje nade wszystko realizacja epickiego widowiska, które będzie w stanie zadowolić jak najszerszą widownię, całą resztę filmu opiera więc na pseudo-filozoficzych refleksjach boleśnie płaskich postaci, gadkach-szmatkach między żołnierzami oraz patetycznych wywodach, które miast gęsią skórkę, wywołują grymas politowania.

I na dodatek, Bondarczuk ubzdurał sobie, że w ramach zabliźniania dawnych ran postara się trochę wybielić działania wojsk niemieckich w bitwie o Stalingrad. Pojawia się wprawdzie na ekranie jeden tyran i sadysta, ale główne skrzypce gra pewien honorowy oficer (w tej roli Thomas Kretschmann, który może sobie wpisać w CV specjalizację „wcielanie się w filmach wojennych w dobrych Niemców”), który ma nie tylko skrupuły, ale także radziecką kochankę, która mimo złego traktowania lgnie do niego jak pszczoła do miodu. Wątek kobiecy przewija się również po stronie radzieckiej – żołnierze okupują ruiny domu rezolutnej osiemnastolatki, która samą tylko obecnością wprowadza w szeregi wojskowych rozluźnienie oraz nieformalne zawody w jej adorowaniu.

Wszystkie te aspekty scenariusza miały w założeniu pogłębić stricte humanistyczny wydźwięk „Stalingradu”, ale poszczególne postaci są tak słabo nakreślone, tak jednowymiarowe i często puste, że podkreślają raczej ogólny brak pomysłu na opowiedzenie całej historii. Mógłbym się tak jeszcze długo znęcać nad „Stalingradem”, bo materiału Bondarczuk zapewnił naprawdę sporo. Spuszczę jednak na resztę zasłonę milczenia i po prostu zaapeluję do wszystkich, którzy to czytają, by nie tracili czasu na tę efekciarską, propagandową produkcję, która dodatkowo udaje wysokobudżetowe kino amerykańskie dla młodego widza, nie potrafiąc jednakże wyzbyć się radzieckiej mentalności. O wiele więcej emocji przyniesie spacer w śnieżnej zamieci. Albo seans „Wroga u bram” Jean-Jacques’a Annaud.

 

Żródło: Onet

Kategorie
kino / dvd
Darek Kuźma

Współpracownik Onet.pl

Dodaj komentarz