kino / dvd

Spider-Man: Homecoming – Pająk rzeczywiście wrócił do domu [recenzja]

Spider-man nie miał lekko. Ani w komiksach, gdzie co chwilę spotyka go jakiś kataklizm (śmierć Gwen Stacy, Saga Klonów, scenariusze Dana Slotta), ani w filmach, nad którymi dwukrotnie zawisło ostrze rebootu. Jeśli Sony i Marvel utrzymają poziom Homecoming, sytuacja może się odmienić.

Ktoś wyszedł ze słusznego założenia, że każdy człowiek na świecie z dostępem do mediów wie, jak się zaczęła historia Spider-mana. Osamotniony nerd Peter Parker zostaje ugryziony przez napromieniowanego pająka, zyskuje moce i zalicza silny strzał sodówy do głowy, w wyniku czego ginie wuj Ben. Dlatego w Homecoming zamiast typowej genezy dostajemy historię inicjacyjną i bez zbędnych ceregieli zostajemy wrzuceni na start wraz z głównym bohaterem.

Spidey zaliczył już swoje wejście smoka podczas Wojny Domowej (oficjalny polski tytuł nie przechodzi mi przez gardło ani klawiaturę, wybaczcie). Teraz, uzbrojony w strój od Tony’ego Starka, patroluje uliczki Nowego Jorku w poszukiwaniu wyzwań w nadziei na jakąś spektakularną akcję. Wpada na gang handlujący śmiercionośnym kosmicznym złomem, na którego czele stoi Vulture… Tyle że Peter wciąż jest licealistą uczącym się nowych ruchów w życiu i na pajęczynie. Popełnia błędy, jedne urocze, inne piekielnie niebezpieczne. W międzyczasie próbuje sobie radzić w szkole, z dziewczynami i ocenami.

Scenariusz z wdziękiem łączy komediową historię o dojrzewaniu, między wierszami w dwóch zdaniach sprzedaje origin Spider-mana, a całość oprawia uliczną, gangsterską intrygą. Żadnego sięgania gwiazd i innych wymiarów, tu wszystko toczy się po sąsiedzku, w kameralnej wręcz skali. I w tym tkwi siła filmu. Choć Pająk dotrzymuje kroku innym herosom, swoje miejsce widzi pośród ludzi. W efekcie otrzymujemy najbardziej ludzki i prawdziwy film osadzony w MCU od czasu pierwszego Iron Mana. Stworzony na fundamencie z codziennych emocji, radości i małych wzruszeń, napędzany widowiskową, ale nie przegiętą akcją. Sprawnie wchodzą też wszelkie fabularne zakręty, które przewidzieli dla nas twórcy. Okazuje się, że mimo nadmiaru trailerów twórcy zostawili dla nas kilka całkiem miłych niespodzianek na seans.

Pewien dysonans generuje jedynie sprawność Spider-mana. W trakcie debiutu na luzie sprowadzał do parteru takich koksów jak Kapitan Ameryka czy Winter Soldier, a tutaj ledwie sobie daje radę ze zwykłymi śmiertelnikami uzbrojonymi w parę gadżetów. Nie, żeby powolne odkrywanie swoich sił i możliwości szkodziło dramaturgii, wręcz przeciwnie. Po prostu widać, że różnie bywa z tą konsekwencją budowania MCU. Muzyka daje radę, choć brakuje tu wyraźnego motywu przewodniego (nie licząc ukłonu w stronę sztandarowego pajęczego utworu w napisach początkowych).

To jednak drobne rysy, bowiem w ogólnym rozrachunku film naprawdę daje radę i wygrywa tam, gdzie niedomagali poprzednicy. Tom Holland nie szarżuje jeszcze tak bardzo z urokiem ciapowatego zawadiaki jak Andrew Garfield, ale można podejrzewać, że za film-dwa będzie kradł ekran nawet Robertowi Downeyowi Jr.

Na razie jest po prostu odpowiednio zabawny, sympatyczny i widać – zarówno w aktorze jak i jego postaci – tę pozytywną żądzę przygód, a nawet pewną empatię wobec przeciwników. Coś, co zawsze Spider-mana wyróżniało. Aktorzy drugoplanowi radzą sobie naprawdę dobrze, wpasowują się w świat pająka i ton opowieści bezbłędnie. Występ Marisy Tomei pozostawia pewien niedosyt, bowiem stworzyła wyjątkowo energiczną interpretację cioci May i aż się prosi o kilka dodatkowych scen z udziałem tej pani, ale po końcówce można się spodziewać ogromnego udziału tej postaci w kontynuacjach. Wspomniany Robert Downey Jr. ciekawie sprawdza się w roli mentora, który swoje za uszami ma i od ucznia oczekuje więcej. W dodatku doczekał się mocnego kontr-przykładu.

I tym sposobem przechodzimy do sprawy, która budziła najwięcej wątpliwości przed premierą. Jak się sprawuje złoczyńca, który jeszcze na dużym ekranie nie gościł? Wielu obawiało się, że dostaniemy kolejnego bezbarwnego przestępcę, lecz charyzma Keatona do spółki z prostymi, wdzięcznymi zagrywkami scenarzystów stworzyła godnego przeciwnika.

Adrian Toomes to swój chłop. Nie wygłasza kazań o złu tego świata, a jedynie próbuje otworzyć oczy Peterowi podczas kilku gorzkich lekcji o życiu. Ma prostą, zrozumiałą motywację – taką, jaka mogłaby się stać udziałem wielu z nas. Jest wyrazisty i szczery, z łatwością zyskuje naszą sympatię i warto trzymać kciuki, by jeszcze powrócił. Pięknie wpisuje się w galerię złoczyńców Spider-mana, z których naprawdę niewielu to typy przeżarte złem do szpiku kości. To po prostu kolejny facet, który postanowił w radykalny sposób przeciwdziałać nieszczęściu, jakie go spotkało. Został idealnie skrojony jako pierwsze poważne zagrożenie naszego bohatera.

Wizualnie Homecoming utrzymuje bardzo wysoki poziom, brak tu wprawdzie realizatorskich popisówek, ale kilka kadrów ze scen akcji i początek sugerują, że reżyser umie i chce się czasem bawić razem z widzem. Twórcy poupychali po kątach i na widoku tyle smaczków, że fanowskie serwisy będą miały robotę na tydzień.

Na typowo pajęcze dramaty, umieranie w zimnej wodzie i gorycz porażki jeszcze przyjdzie czas. Na razie cieszmy się lekką i wdzięczną komedią o przyjacielskim trykociarzu z sąsiedztwa i jego pierwszych krokach w branży. Tym razem naprawdę udanych.

Spider-man: Homecoming, reż. Jon Watts, scen. Jon Watts i in., wyk. Tom Holland, Michael Keaton, Robert Downey Jr., Marisa Tomei, Jacob Batalon, Laura Harrier, Marvel/Sony 2017. Ocena: 80%

Kategorie
kino / dvd
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności - i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych - GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz