kino / dvd

Skyfall [recenzja]

W jednej scenie „Skyfall” Bond zapytany przez starsznie złego przestępcę Silvę o swoje hobby odpowiada: „Zmartywchwstanie”. Fakt przyglądając się burzliwej pięćdziesięcioletniej historii tej postaci trudno nie zauważyć, że co jak co ale „zmartwychwstanie” wychodzi mu całkiem nieźle. Umierał przecież już w „Operacji: Piorun”, czy „Diamenty są na zawsze”.  „Skyfall”  to także kolejne zmartwychwstanie. I to nawet dosłowne. Wszak trzy lata temu ze względu na plajtę wytwórni projekt „Bond 23” uśmiercono a film miał już nigdy nie powstać. Powstał. I tylko nie wiadomo czy z tego powodu śmiać się czy płakać.

Najnowszy Bond mimo że wyreżyserował go twórca wybitny, czyli Sam Mendes, to chwilami film jest tak nieporadny reżysersko, że ręce opadają. Nie wspominając już o braku tempa, przez co film bardziej sensacyjną agonię (z drobnymi przebłyskami powrotu energii) niż kino sensacyjne. Ale po kolei. Tym razem, po raz kolejny Bond musi odkryć, że świat po upadku muru berlińskiego się zmienił, a źli to już nie pospolici komuniści, a zwykli ludzie i czasami nawet wyglądają jak ci dobrzy (dosłownie jak dobrzy, bo chodzą tu w policyjnych mundurach). Dlaczego Bond musi znów odbyć tę lekcję? Powody są dwa. Albo jest agentem o bardzo małym rozumku (i cierpi na zaniki pamięci), albo scenarzyści nie mieli innego pomysłu na fabułę. W odkryciu, iż zło czai się „w cieniu” (co dramatycznie podkreśla Judi Dench jako M) pomoże mu karykaturalny i zabawny Javier Bardem jako karykaturalny i zabawny, ale za to bardzo zły Silva. Genialny haker, były agent i człek niebywale skrzywdzony przez M. Zanim jednak Bond się z nim zmierzy będzie musiał umrzeć, pić, trzeźwieć, ćwiczyć itp., itd. Wszak na tym polega zagłębianie się w psychologię postaci. No i jeszcze będzie musiał dosłownie wrócić do korzeni (tak Bond miał dom rodzinny), by jak przystało na prawdziwego mężczyznę, wystrzelić ze strzelby tatusia.

Litanię mniejszych lub większych bzdurek jakimi naszpikowali fabułę „Skyfall” scenarzyści można ciągnąć jeszcze godzinami. Podobnie jak listę zaskakujących niedoróbek (jak na film o takim budżecie) by wspomnieć tylko o irracjonalnej puencie, czy tajemnicy ucieczki Silvy. Nie jest to dobre zmartwychwstanie. Owszem bawią zmyślne i dowcipne nawiązania to do „Goldfingera”,  to do „Dr No” ale nie ratują one niestety całości filmu. Złe hobby wybrał tym razem Bond. W tym filmie umieranie wychodzi mu lepiej.

PS: Jakby kogoś to interesowało – seksu i dziewczyn też tu nie ma.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz