Kino Świat
kino / dvd

Sin City: Damulka warta grzechu [recenzja]

Damulka z tego filmu rzeczywiście warta jest grzechu, sam film jednak – już niekoniecznie.

Niby jest tu prawie wszystko to samo, co było w pierwszym wspólnym dziele (a słowa „dzieło” używam tu nieprzypadkowo) Rodrigueza i Millera. Jest tu więc i Basin City, czyli Miasto Grzechu znamionujące świat  zbudowany prawie z samych wad, gdzie zło od dobra oddziela tylko cienka niewidoczna linia, i gdzie śmierć bywa wybawieniem, a życie pokutą. Są tu też i ci sami (przynajmniej w części) bohaterowie. Jest tu więc i Marv (Rourke), osiłek o facjacie Frankensteina i gabarytach trzydrzwiowej szafy, dla którego każdy kłopot jest niczym prezent pod choinkę, jest zupełnie nieodporny na kobiece wdzięki Dwight (w tej roli Clive’a Owena zastąpił Josh Brolin), jest też pożądana przez mężczyzn oraz żądna zemsty na jednym z nich Nancy Callahan (Alba). Ba, pojawia się tutaj także, tyle że już jako duch – w końcu w pierwszej części zeszło mu się z tego świata – nawet Hartigan, czyli wykapany Willis (duchem w tym filmie jak nic powinien być też i Marv, ale on, zdaje się, takie drobnostki jak śmierć ma głęboko w d…).

Niby jest tu też tak samo jak było wcześniej. W tej komiksowo-filmowej wariacji na temat kina noir narracja i jej styl także bowiem jest równie ważna jak akcja. Jak przystało na film czarny, co druga pani jest tu zatem kobietą fatalną, mężczyźni obowiązkowo noszą długie trencze, ulice zaś są nędzne i mokre od deszczu (bo nie od łez przecież, w Sin City nikt wszak nie płacze). Tu na równych prawach grają tak ludzie jak i ich cienie, bo tu na każdym kroku grafika przenika się z materią życia: kreska stanowi ekspresyjne dopełnienie ciała aktora, a biała plama wypełnia pustkę po tym czy innym czarnym charakterze, który na dobre wypada poza nawias opowieści. Tutaj zatem też mamy do czynienia z czarno-białym światem, w którym czerwona jest tylko krew. No i szminka na ustach femme fatale. W tym akurat wypadku niejakiej Avy Lord (Green), kobiety pięknej choć (a jakże by inaczej!) złej.

Czyli to samo i tak samo… Dlaczego tedy (że ześliznę się w staroświecczyznę) z „Sin City – Miasta grzechu” przed laty wychodziłem zachwycony, a teraz z sequelatego filmu wyszedłem lekko (określenie: „przeraźliwie” byłoby w tym miejscu mimo wszystko za mocne) znudzony? Wiadomo niby, że powtórki z rozrywki zazwyczaj już tak nie bawią jak pierwowzory. Bywają oczywiście wyjątki od tej reguły (patrz: „Zabójcza broń”, „Mad Max”, by trzymać się kina popularnego), ale dotyczy to serii filmowych, w których każda kolejna część wnosi coś nowego albo przynajmniej utrzymuje poziom części wcześniejszej. Nie jest to, niestety, przypadek „Sin City 2”. To powtórka z rozrywki bardzo mechaniczna, w której trudno doszukać się jakiejkolwiek wartości dodanej. Nie jest nią bynajmniej format 3D, w którym zekranizowano ułożone w trzy wątki kolejne opowieści graficzne Millera. W nowym filmie Rodrigueza i Millera jest wprawdzie przestrzeń (technologiczna!), ale ni w ząb nie ma w nim głębi – tak wyczuwalnej w „Sin City – Mieście grzechu”. Przecież poetyka pierwszego „Sin City” to była nie tylko czarno-biała grafika, ale także i ciemna metafizyka. Wystarczy przypomnieć te wszystkie kadry z ujęciami kamery z góry, jakby to Bóg patrzył na spadające na Sin City krople deszczu. Bóg, który z pewnością nie był reżyserem wydarzeń, tylko biernym ich widzem i bezradnym świadkiem. Fatalizm mieszkańców Sin City nie brał się w końcu znikąd.

„Damulka warta grzechu” jest tylko bladą i płaską odbitką „Miasta grzechu” zrobioną ku uciesze mas i, przede wszystkim, dla kasy (autorom w obu wypadkach pisany jest zresztą chyba srogi zawód). Nie ma tu ani nieba, ani piekła, są tylko rozrysowane na przeróżne sposoby mordobicia i nawalanki. Jedyny metafizyczny element w tym filmie to boskie ciało Evy Green. I dla tego metafizycznego pierwiastka mimo wszystko „Sin City:Damulkę wartą grzechu” warto obejrzeć. Zresztą, umówmy się, Mickey Rourketeż wygląda tu nie najgorzej. A co…

Kategorie
kino / dvd

Dodaj komentarz