kino / dvd

Rolling Thunder – zabić drani [recenzja]

Film ów wywołał tak gigantyczny skandal w Stanach, że produkujące go studio Fox, sprzedało prawa do dystrybucji firmie American International Pictures (specjalizującej się w tanich filmach Rogera Cormana), byle tylko nikt nie kojarzył ich firmy z „Rolling Thunder”.

Stało się tak, ponieważ film został uznany za rzecz na skraju pornografii. I nie chodziło o sceny wyuzdanego seksu (bo takich tu nie ma), lecz o niezwykłe okrucieństwo, jakim film epatuje. Dziś z perspektywy lat sceny przemocy nie robią już takiego wrażenia, ale mimo to film ogląda się z zapartym tchem, kibicując bohaterowi w jego krwawej misji. „Rolling Thunder” to opowieść o weteranie wojny w Wietnamie, majorze Charlesie Ranie, który po powrocie z niewoli do domu odkrywa, że tak naprawdę nie ma do czego wracać. Żona go zdradza, koledzy opuścili (poza jedynym kumplem w wojska), a wspomnienia tortur nie dają spać. W ramach rekompensaty za stracone w dżungli lata Rane od władz miasteczka dostaje prezent – 2555 srebrnych dolarów, po jednym za każdy dzień spędzony w niewoli. Pech chce, że uroczyste wręczenie nagrody, emitowane przez lokalną stację telewizyjną, oglądają także bandyci. No i włamują się do domu majora. On w konfrontacji z nimi traci dłoń, a żona i syn życie. Po wyjściu ze szpitala  Rane rozpocznie swoją prywatną wendettę.

„Rolling Thunder” należy do niezwykle popularnego w latach 70. podgatunku kina sensacyjnego, czyli filmów zemsty (czołowym jego przedstawicielem jest oczywiście „Życzenie śmierci”), ale nie ogranicza się jedynie do prostej strzelaniny. William Deavane, grający głównego bohatera, nigdy później nie wzbił się na takie wyżyny aktorstwa. Jego bohater nie jest posągowym twardzielem, lecz kolesiem, który ciągle dostaje łomot, ciągle się myli, ale mimo to prze do przodu jak taran. Tyle że ten taran jest podatny na ból. Za wiarygodne przedstawienie bohaterów odpowiada tu Paul Schrader, wybitny scenarzysta („Taksówkarz”), któremu udało się tu błyskotliwie połączyć klasyczną mocną sensację ze świetną psychologią postaci. „Rolling Thunder” to jeden z najlepszych filmów lat 70., niestety kompletnie dziś zapomniany. Na a scena strzelaniny w burdelu… miodzio!

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Komentarz
  • Patryk
    2 stycznia 2016 at 23:29
    Skomentuj

    Widziałem większość filmów nieżyjącego już reżysera Johna Flynna. Rolling Thunder to jego najlepsze dokonanie. Poważne i przemyślane, ze znakomitą drugoplanową rolą Tomiego Lee Jonesa – również weterana, który nie jest w stanie odłożyć karabinu do szafy i zrozumieć, że na nowym kontynencie jest pokój. Gdzież tam! Jeżeli jest potrzeba i pan major prosi, ten nie waha się ani sekundy. Chociaż o tym nie rozmawiają, to widać, że wspólne wspomnienia z japońskiego obozu wiążą na całe życie. Świetne kino zemsty.

  • Dodaj komentarz