kino / dvd

Psychoza [recenzja]

Hitchcock był pionierem w wielu dziedzinach. To on zdefiniował thriller jako opowieść o zwykłym człowieku postawionym w niezwykłej sytuacji. Bez jego filmu Północ – północny zachód być może w ogóle by nie powstała seria o Jamesie Bondzie, a bez jego Ptaków nie mielibyśmy do czynienia z takim wysypem produkcji katastroficznych. Nie inaczej rzecz ma się z Psychozą. Bez słynnej sceny zabójstwa pod prysznicem nie byłoby prawdopodobnie włoskiego kina giallo i karier takich twórców jak Mario Bava czy Dario Argento.

Dla filmowców (choćby dla Briana De Palmy) Psychoza była wręcz niewyczerpanym źródłem inspiracji. Ale czy to dzieło wciąż pozostaje atrakcją dla widza? Nie sądzę.

Hitchcock w słynnym wywiadzie-rzece udzielonym Truffautowi powiedział, że w Psychozie panował nad widownią, tak jakby grał na organach. I w tym właśnie problem. W filmach Hitchcocka najważniejsze są „chwyty”, a przecież nic się tak szybko nie starzeje jak technika gry. Zwłaszcza gdy treści nie starcza. Bo treść u Hitchcocka często sprowadza się po prostu do naiwnie wyłożonej tej czy innej teorii Zygmunta Freuda (patrz: Norman Bates twierdzący w Psychozie, że „najlepszym przyjacielem chłopca jest jego matka”). U Hitchcocka forma zresztą zawsze była na pierwszym miejscu. Każdy jego film ma w sobie coś z kinder-niespodzianki, takiego czekoladowego jaja, w którym na ogół coś jest, ale to coś nie zawsze jest godne zainteresowania. Niektórzy twierdzą, że kino Hitchcocka niczym stare wino z biegiem czasu nabiera mocy i głębi. Ja uważam, że wietrzeje. Niestety.

Psychoza (Psycho). Reż. Alfred Hitchcock. Wyk. Anthony Perkins, Vera Miles, John Gavin, Martin Balsam. USA 1960

Kategorie
kino / dvd

Dodaj komentarz