kino / dvd

Pressure – thriller na bezdechu [recenzja]

Oceaniczne głębiny zdają się być wymarzonym miejscem akcji dla szarpiących nerwy dreszczowców. Egipskie ciemności wokół, przestrzeń życiowa sięgająca parunastu metrów kwadratowych, nieustanne skrzypienie poszycia kadłuba, przypominające o ledwie kilkucentymetrowej granicy między życiem a śmiercią. Warunki ekstremalne  –  takie, w których najmniejszy błąd może spowodować katastrofę, a wątła ludzka psychika w każdej chwili trzasnąć jak zapałka. Takie w jakich znaleźli się protagoniści brytyjskiego „Pressure”.

Fabuła filmu Rona Scalpello nie należy do najbardziej skomplikowanych. Oto gdzieś na środku Oceanu Indyjskiego uszkodzeniu ulega rurociąg jednej z kompanii paliwowych. Z zadaniem jego naprawy, w podwodnym dzwonie zostaje wysłana grupa czterech nurków. Grupa dość przypadkowa należałoby dodać, bo ze względu na nadciągający sztorm, nie ma czasu na dokładną selekcję – w związku z tym w zespole znajdzie się miejsce dla niedoświadczonego młodziana, czy rutyniarza borykającego się z problemem alkoholowym. W następstwie dramatycznych wypadków, robota początkowo zapowiadająca się na rutynową rzecz jasna się skomplikuje i w efekcie mężczyźni zostaną uwięzieni ponad 650 stóp pod powierzchnią.

Wezwać pomocy nie ma jak, do głosu dochodzą demony przeszłości, a rezerwy tlenu kurczą się z każdą sekundą. Czwórka bohaterów będzie musiała odłożyć na bok wzajemne urazy i zacząć współpracować – w końcu trzeba wykombinować, jak przeżyć.

Kino podwodne ma niewątpliwie bogatą tradycję. Pomijając już nawet takie tuzy gatunku, jak „Otchłań” Camerona, czy „Das Boot” na przestrzeni lat mieliśmy od czynienia z wieloma filmami w lepszy lub gorszy sposób wykorzystującymi niewątpliwie kuszący setting. Praktycznie w każdym z nich olbrzymią rolę odgrywał wpływ otoczenia na psychikę bohaterów – w końcu klaustrofobiczna przestrzeń to miejsce idealne, by w ciągu kilkudziesięciu ekranowych minut ukazać rodzący się konflikt.

Niestety, nie sposób nie odnieść wrażenia, że Scalpello prześlizguje się w „Pressure” ledwie po powierzchni problematyki, portrety psychologiczne bohaterów tworząc według ogranych schematów. Postaci są jednowymiarowe na tyle, że już w pierwszych minutach filmu można spokojnie założyć kto z głębin nie wypłynie i co gorsza, wyjść ze swoich przewidywań z tarczą. Przewidywalność to największy z grzechów filmu – i nic nie pomogą Matthew Goode czy Danny Huston w obsadzie, bo mimo, że „Pressure” utrzymuje przyzwoite tempo, z bohaterami pełniącymi funkcję gadających głów, o zaangażowanie emocjonalne niezwykle trudno.

Stosunkowo słabo wypada też „feeling” otoczenia – kiedy w takiej „Otchłani”, opadający w ciemność Ed Harris mówił, że wybiera się w podróż bez powrotu, odruchowo wstrzymywało się oddech. Tutaj owszem, wszystko zdaje się być na swoim miejscu – dno oceanu jest odpowiednio mroczne, w metalowej klitce czasem coś skrzypnie, a jakieś liczniki pokażą kończące się powietrze – ale na prawdziwe poczucie zagrożenia, czy przytłoczenie bezmiarem potęgi oceanu nie ma co liczyć.

„Pressure” nie jest najgorszym filmem na świecie. Nie jest też najgorszym filmem z akcją umiejscowioną pod wodą. Porządna obsada, mimo wszystko niezła realizacja – na nudne niedzielne popołudnie dzieło Rona Scalpello może się nadać całkiem nieźle. Nie ma w nim jednak nic, co pozwalałoby wyróżnić mu się wśród dziesiątek innych produkcji. W dłuższej perspektywie to dzieło na powierzchnię nie wypłynie.

Kategorie
kino / dvd
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz