kino / dvd

Porwanie Michela Houellebecqa


Porwanie Michela Houellebecqa (L’enlèvement de Michel Houellebecq). Reż. Guillaume Nicloux. Wyk. Michel Houellebecq, Maxime Lefrancois, Mathieu Nicourt, Luc Schwarz, Andre Suchotzky. Francja 2014 (Gutek Film)

 

Przesłanie tego filmu? Porwij się sam, bo to najlepsze, co cię w życiu może spotkać.

 

Przede wszystkim bardzo trudno określić gatunek tego filmu. Bo nie jest to z pewnością dokument. Może więc mamy tu do czynienia z mockumentem, czyli z dokumentem fałszywym? To już prędzej, zwłaszcza że film jest jakby próbą wypełnienia „czarnej dziury”, w jakiej Houellebecq przepadł podczas promocji swojej powieści „Mapa i terytorium”. Kiedy pisarz nie zjawił się na jednym ze spotkań autorskich, zaczęto mówić o jego zaginięciu, w które zamieszana mogła być nawet i Al-Kaida (to w związku z dość niewybrednymi wypowiedziami Houellebecqa na temat islamu). Po jakimś czasie Houellebecq jednak się odnalazł, twierdząc, że o spotkaniach autorskich po prostu zapomniał. Czy była to prawda, czy też  chwyt marketingowy, trudno powiedzieć, ale reżyser Nicloux w każdym razie postanowił uczynić owo zniknięcie pisarza punktem wyjścia swojego filmu. Jaka jest jego wersja wydarzeń? Ano w grę tutaj wchodzi właśnie tytułowe porwanie, za którym stać mieli nie żadni tam muzułmańscy ekstremiści tylko trzej barczyści mięśniacy. Uprowadzili oni pisarza i wywieźli w skrzyni gdzieś na jakieś prowincjonalne zadupie, by dostać okup. Od kogo? Tego akurat nie wiadomo. Podobnych pytań bez odpowiedzi jest zresztą w tym filmie więcej. Trudno na przykład powiedzieć, czy Houellebecq gra w nim siebie, czy też sobą jest.

 

Facet na pewno bawi się swoim wizerunkiem. W przykrótkich spodniach, w wymiętej marynareczce z nieodłącznym papierosem trzymanym między środkowym a serdecznym palcem i, jeśli jest ku temu sposobność, na wiecznym rauszu przypomina tu bardziej paryskiego kloszarda, ba wręcz lumpa, niż wyrafinowanego artystę. I taki był chyba zamysł Houellebecqa, który postanowił zdemaskować pisarski status, odzierając go z nimbu tajemnicy i magii. Nie ma czegoś takiego jak pisarska charyzma, zdaje się mówić, jest tylko pisarska sprawność w opowiadaniu bajek. Mniejsza lub większa. Houellebecq od porywaczy, którzy sami przecież zdradzają się ze swoimi inklinacjami literackimi, różni się tylko tym, że zmyśla od nich lepiej. Taka prowokacja? To kolejne pytanie bez odpowiedzi.

 

Houellebecqowi niewymowną frajdę sprawia też mnożenie w filmie kuriozalnych sytuacji, bo nie ulega wątpliwości, że to on a nie Nicloux kręci tu fabułą i stoi za odjechanymi dialogami, to on jest tu głównym improwizatorem nakręcającym spiralę śmiechu. „Porwanie…” tak naprawdę przecieżjest przede wszystkim szaloną, ekscentryczną komedią. Trudno na przykład nie bawić się, obserwując jak porwany wchodzi w coraz większą komitywę z porywaczami, ba, jak, choć uwiązany na łańcuchu, przejmuje nad nimi ster. Trudno nie rżeć ze śmiechu słuchając, jak jeden z osiłków recytuje swój młodzieńczy wiersz, a drugi z całą powagą pyta pisarza o akcentację w aleksandrynie.

 

Śmiesznie jest też, gdy wszyscy panowie rozmawiają o wyższości (względnie niższości) fabuły nad stylem, zwłaszcza że pisarz wcale nie ma tutaj głosu rozstrzygającego, nie jest wyrocznią i skończonym autorytetem. Ale tak właśnie jest to w tym filmie ustawione, w stosunku Houellebecqado tych trzech wsiowych osiłków nie ma nawet cienia protekcjonalności. I trudno się dziwić, ostatecznie wszak okaże się, że porywacze nie wyrządzają mu krzywdy, tylko poniekąd oddają mu przysługę.

 

To przewrotny film ułożony fantazyjnie z takich cząstek elementarnych jak komizm i paradoks. Owej przewrotności dowodzi choćby wpisany w tę opowieść polski wątek, związany z osobą jednego z porywaczy, który, jak się okazuje, ma polskie korzenie. Filmowy Houellebecq jest zresztą przetrzymywany w domu rodziców tegoż osobnika – pan domu mówi czystą polszczyzną, aHouellebecq jest częstowany polską kiełbasą. Dla jakiegoś małostkowego pisarzyny byłby to wystarczający powód, by znienawidzić kraj nad Wisłą, a Houellebecqw filmie z rozrzewnieniem stwierdza, że „Polska to marzenie”.

 

No cóż, może, jak piszą, Houellebecq jest i nihilistą, skandalistą, mizantropem, mizoginem, a nawet i lekkim fiksatem. Film „Porwanie Michela Houellebecqa” pokazuje jednak, że jest też niezłym jajcarzem. I ja akurat za to lubię go najbardziej.

 

Kategorie
kino / dvd

Dodaj komentarz