kino / dvd

Pogromcy duchów [recenzja]

Gdybym obejrzał „Pogromców duchów” jakoś wkrótce po amerykańskiej premierze, pewnie momentalnie staliby się ukochanym filmem mojej młodości. Tyle, że w latach 80. zeszłego wieku nie wybierało się filmów – to filmy wybierały nas.

Szło się wtedy weekendem na zatłoczoną giełdę owocowo-warzywą i tam z kartonu pełnego ręcznie opisanych kaset wideo wybierało się kilka, licząc, że zawartość będzie odpowiadała informacji na popalcowanej nalepce. Ech, ileż to razy zamiast obiecywanego, świeżutkiego „Batmana”, człowiek dostawał widziane już dwadzieścia razy „Commando”, a zamiast „Pogromców duchów” – stare, dobre „Lody na patyku II”. I akurat „Pogromcy duchów” mieli w moim przypadku wyjątkowego pecha – zanim ich obejrzałem, zdążyłem już o nich usłyszeć od każdego kumpla-gawędziarza, z tych, co to opowiedzą o każdym filmie, jaki widzieli z najmniejszymi szczegółami (ich relacje potrafiły trwać dłużej niż sam film!), a nawet poznać fabułę „Pogromców duchów 2” z nieocenionego Foto-Story w jakże wówczas pożądanym tygodniku Bravo. Siłą rzeczy, kiedy już wreszcie zasiadłem do seansu „Pogromców duchów”, niczym mnie ten film nie mógł zaskoczyć i choć bawiłem się nieźle, czułem też lekkie rozczarowanie. Doceniłem go dopiero parę lat później kiedy obejrzeć można już było dosłownie wszystko i z sentymentu wracałem sobie do wszystkich najważniejszych komedii lat 80. Jak się okazało, akurat „Pogromcy duchów” z charakterem znieśli nieubłagany upływ czasu.

Jeśli ktoś jakimś cudem nie zna jeszcze tej historii – w końcu może nie tylko dla mnie „Pogromcy…” okazali się tak nieuchwytnym dziełem? – to służę krótkim przypomnieniem. Trzech naukowców – dr Peter Venkman (Bill Murray), dr Raymond Stantz (Dan Aykroyd) i dr Egon Spengler (Harold Ramis) – wylatuje z ciepłych posadek na uniwersytecie i zakłada prywatną praktykę mającą nieść ludziom pomoc w pozbywaniu się natrętnych duchów. Początkowo panowie mają wątpliwości czy nowy biznes przyniesie zyski – w końcu tutaj, inaczej niż w przypadku pracy na uczelni, tu ludzie będą przede wszystkim oczekiwać od nich EFEKTÓW – ale szybko okazuje się, że duchów do wypędzania bynajmniej nie brakuje, a już niebawem cały Nowy Jork będzie potrzebował interwencji specjalistów do walki z siłami nadprzyrodzonymi ponieważ zawita do niego przerażający, większy niż Godzilla… Piankowy Człowiek.

Reżyserowi Ivanowi Reitmanowi udało się tutaj coś, co w historii kina udawało się bardzo rzadko: połączenie bezpretensjonalnej kumpelskiej komedii z wystawnym kinem fantastycznym. Aby tego dokonać zebrał prześwietną ekipę aktorską – poza Murrayem, Aykroydem i Ramisem grają tu m.in. Ernie Hudson, Sigourney Weaver, Rick Moranis, Annie Potts i William Atherton, a każde z nich ma tu jakieś swoje pięć minut – natomiast kwestię efektów specjalnych powierzył doświadczonej, kilkudziesięcioosobowej ekipie, która wcześniej pracowała m.in. przy „Gwiezdnych wojnach” czy „Łowcy androidów”. No i zatrudnił świetnego operatora László Kovácsa, który miał już wtedy na swoim koncie takie filmy, jak „Easy Rider”, „Pięć łatwych utworów” czy „Papierowy księżyc”. Czyli – nie mogło się nie udać? Otóż spokojnie mogłoby się nie udać gdyby nawalił najważniejszy element: scenariusz. Na szczęście Dan Aykroyd, Harold Ramis i Rick Moranis stworzyli wspólnymi siłami wciągającą opowieść o zwykłych facetach, którzy nareszcie odnajdują swoje prawdziwe powołanie, a do tego upchnęli w niej całe mnóstwo przezabawnych dialogów, które cytuje się do dziś. („Tu jest sypialnia, ale akurat w niej do niczego nie doszło”, wyjaśnia Venkmanowi ponętna Dana Barret, którą nawiedził zły duch, na co ten odpowiada z przejęciem: „To dopiero prawdziwa zbrodnia”).

W pięć lat po „jedynce”, pogromcy duchów powrócili na ekrany w udanym sequelu, do którego scenariusz ponownie napisali Aykroyd i Ramis, ponownie stając się ulubieńcami milionów. Od tego czasu z malejącym przekonaniem, ale jednak regularnie mówiło się o przymiarkach do trzeciej części. Teraz, kiedy Harold Ramis zwinął się z tego świata, wiadomo już na pewno, że nawet jeśli jacyś „Pogromcy duchów” jeszcze kiedyś powstaną, to nie będą to ci sami „Pogromcy duchów”, których pokochaliśmy trzydzieści lat temu.

Kategorie
kino / dvd
Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Dodaj komentarz