kino / dvd

Pod Mocnym Aniołem

 

Pod Mocnym Aniołem. Reż. Wojciech Smarzowski. Wyk. Robert Więckiewicz, Marcin Dorociński, Kinga Preis, Andrzej Grabowski, Iza Kuna. Polska 2013. Kino Świat.

 

 

Obejrzałem ten film dwa razy. Za drugim podejściem podobał mi się mniej, ale i tak uważam, że to jeden z najlepszych obrazów Smarzowskiego. Wielowymiarowy i nieoczywisty. Wiem też, że zbierze cięgi od recenzentów, którzy ostatnio Smarzola nosili raczej na rękach. Jedni powiedzą, że „Pod Mocnym Aniołem” to męcząca powtórka z rozrywki (czy też raczej z rynsztoka, co u Smarzowskiego na jedno ponoć wychodzi), inni zarzucą filmowi, że naturalistycznemu obrazowi towarzyszy tu słowo, w którym często słychać szelest papieru (czyli że w dialogach Pilch przed Smarzowskiego nierzadko wyłazi). I tak rzeczywiście jest, tyle że to wszystko czemuś służy.

 

 

Czemu? Ano nad tym właśnie mało kto się zastanawia. Wszyscy najpierw z pewnym takim zaciekawieniem śledzą, jak bohater z niejaką fantazją (vide: scena, kiedy pijany Jerzy kopie na krakowskim rynku Lajkonika w dupę) stopniowo w rytmie na „litr premium, butelkę gorzkiej żołądkowej i cztery piwa” pogrąża się w deliryczny trans. Potem, kiedy tłukąc się między knajpą a odwykiem Jerzy osiąga najniższy piekielny krąg, sam dół poniżenia, nie jest już tak dobrze. Na ekranie pojawiają się rzygi, gówna oraz inne wydaliny i wydzieliny, wszyscy więc z odrazą odwracają wzrok i szepczą po cichu, że tego „za dużo, za mocno, niepotrzebnie”. Wszyscy widzą fizjologię, nikt jakoś nie chce skumać stojącej za nią „ideologii”. A tę ostatnią jasno wykłada sam bohater-pisarz, kiedy twierdzi, że „słowo musi przeczyć nałogowi”. Jest w tym stwierdzeniu nonszalancja, ale jest też w nim i swoista prawda. Między innymi o istocie… sztuki. Tak, tak, moi kochani, bo „Pod Mocnym Aniołem” nie jest, jak chcą niektórzy, kolejnym obrzydliwym donosem Smarzowskiego na zapijaczoną Polskę. To film, który ma też drugie, i to dość zaskakujące dno. W tym filmie rynsztok płynie bowiem nie tylko przez krakowską ulicę Małą, ale też i przez Olimp. Czy jakoś tak…

 

Film o miłości? Oczywiście To przecież jakby współczesna parafraza mitu o Eurydyce i Orfeuszu, tyle tylko że role zostały tu jakby odwrócone, tu więc to Eurydyka próbuje wyciągnąć Orfeusza z piekła uzależnienia. Studium alkoholizmu? Jak najbardziej? Bardzo precyzyjne i wiarygodne w każdym szczególe. No ale czy może być inaczej? To wszak studium robione niejako z autopsji, i nie mam tu na myśli tylko Jerzego Pilcha, którego powieść dla Smarzowskiego stała się podstawą scenariusza, myślę też i o aktorach, z których ten i ów z własnego doświadczenia dobrze wie, co tu jest grane. Pętla, po której krąży w filmie Jerzy, zaciskała się wszak kiedyś też i na szyi niejednego z nich. „Pod Mocnym Aniołem” to więc film o uczuciach i ludzkim upodleniu. Ale i o czymś jeszcze.

 

Kluczowa jest tu scena, kiedy pensjonariusze zakładu odwykowego przychodzą do Jerzego z prośbą, by ten wymyślił im ich własne historie. W zakładzie jest bowiem taka procedura, że wszyscy siadają w kręgu i po kolei opowiadają o tym, co ich doprowadziło do nałogu. Mają mówić szczerze, a oni jeszcze chcą, by ich historie wypadły składnie i ładnie, dlatego zgłaszają się do Jerzego, a ten poniekąd wymyśla im alibi. A zasada obowiązuje tu jedna: „usta musza przeczyć trunkowi, co przed chwilą przeszedł przez gardło”. Tak się rodzą pijackie narracje, i to o nich przede wszystkim jest ten film. O mechanizmie rozchodzenia się słowa i obrazu. O słowie, które dając alibi ludzkiemu upadkowi, poniekąd ten upadek mitologizuje. Czy nie o to właśnie chodzi w literaturze, czy też w sztuce w ogóle?  Nie bez powodu przecież Smarzowski wprowadza do swojego filmu postaci Bukowskiego, Fallady czy Jerofiejewa, którzy ze swoich uzależnień (czyli ze swojej choroby) uczynili filozofię życia. Smarzowski poniekąd demistyfikuje ich „pijaną” otoczoną kultem twórczość (a dotyczy to też jakoś i Pilcha), z drugiej jednak strony ich „kłamstwu” składa też i swoisty hołd. Bo czyż nie jest tak, że prawdziwa sztuka żywi się przede wszystkim ludzką słabością?

 

I jeszcze o formie.  Jerzy w filmie stwierdza: „Ja myślę całymi zdaniami”. Ale facet ten żyje tylko urywkami zdań, ich równoważnikami, jakimiś delirycznymi powidokami, pomrocznymi wspomnieniami. Nic więc dziwnego, że w tym filmie nie ma logicznych, pięknie domykających się ciągów przyczynowo-skutkowych, tu światem przedstawionym rządzi mgławicowy, pełen czarnych dziur ciąg alkoholowy. W końcu  świat na kacu to jakby świat po Wielkim Wybuchu, nie ma formy. Choć w przypadku filmu Smarzowskiego brak formy jest tylko pozorny, tu wszystko bowiem trzyma się kupy. Jak w kosmosie, gdzie wszystkie drobiazgi krążą wokół niewidocznego środka. Nie inaczej jest w  „Drogówce”, „Domu złym” i w „Weselu”. Smarzowski w paru miejscach zresztą ucieka się do autocytatów, do zapożyczeń z tamtych filmów. I robi to ze zręcznością rasowego żonglera. Wyraźnie się bawi tą swoją sprawnością, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że przy okazji coś podsumowuje i coś zamyka. I miejmy nadzieję, że tak jest. Ja w każdym razie na to liczę. Wprawdzie film „Pod Mocnym Aniołem” w żadnym punkcie mnie nie zawiódł (no, może ufryzowane, mocno uczernione brwi Andrzeja Grabowskiego trochę zbiły mnie z tropu), to jednak też utwierdził mnie w przekonaniu, że Smarzowski tą droga dalej iść już nie powinien. Że formuła jego kina osiągnęła swoiste mistrzostwo i tym samym się wyczerpała. „Pod Mocnym Aniołem” to bardzo dobry film na zamknięcie pewnego rozdziału w dorobku reżysera. Nam nie pozostaje nic, tylko czekać na nowe otwarcie.

 

I na koniec słowo o Robercie Więckiewiczu w roli głównej. Jest świetny. Mógł przeszarżować, ale się powstrzymał, potrafił utrzymać rygor. Po tej roli w moim prywatnym rankingu najlepszych polskich aktorów dzisiaj bezapelacyjnie awansował na pierwsze miejsce. Ale o tym przy innej okazji.

 

 

O filmach alkoholowych więcej przeczytacie TUTAJ

Kategorie
kino / dvd

Dodaj komentarz