kino / dvd

Piąta fala – młodzieżowe sci-fi z taśmy produkcyjnej [recenzja]

Książkowa „Piąta Fala” kusiła swego czasu zagadkowym blurbem i nie mniej enigmatycznym projektem okładki, które zgodnie krzyczały do potencjalnego nabywcy, że mamy do czynienia z mrocznym postapokaliptycznym thrillerem. Ktokolwiek dał się na to złapać, pewnie po kilkudziesięciu stronach pluł sobie w brodę, bo domniemany mrok okazał się kolejnym przedstawicielem niezwykle popularnych w ostatnich latach młodzieżowych sci-fi.  I nie to, że książka była słaba – bo czytało się ją całkiem nieźle. Problem tkwił raczej w niewykorzystanym potencjale. Z ekranizacją jest podobnie.

[quote align=’right’]Fabuła filmu Blakesona trzyma się książkowego oryginału dość wiernie, próżno tu mówić jednak o jakiejkolwiek oryginalności.

Świat szesnastoletniej Cassie staje do góry nogami, kiedy zupełnie niespodziewanie Ziemia staje się obiektem zainteresowania agresorów z kosmosu. Najpierw impuls elektromagnetyczny cofa cywilizację do epoki średniowiecza, późniejsze zarazy i klęski żywiołowe dziesiątkują resztki ocalałych. To jednak nie koniec katastrofalnych wiadomości – wkrótce okaże się, że na niedobitki naszego gatunku polować zaczynają „uśpieni agenci”, obcy kryjący się pod ludzką postacią. Dramatyczną sytuację próbują opanować stosujące niejednoznaczne metody pozostałości wojska – i kiedy do nowo formowanej armii nieletnich zostanie przymusowo zwerbowany jej młodszy brat, nasza bohaterka postanowi wziąć sprawy w swoje ręce, podejmując walkę ze wspólnym wrogiem.

Produkcja „Piątej Fali” pochłonęła 38 milionów dolarów. Jak na hollywoodzkie kino, niezbyt zwrotna kwota, jednak biorąc pod uwagę co sprawni twórcy potrafią wyprawiać z wielokrotnie mniejszym budżetem, wciąż można zachodzić w głowę, na co tak właściwie te pieniądze poszły. Efekty, jeśli już są, potrafią wywołać niezamierzoną salwę śmiechu (vide koszmarne przedstawienie obcych), a rozmachem świata przedstawionego film wpisuje się w cokolwiek minimalistyczną, pseudo-survivalową formę kina młodzieżowego, wyznaczoną w ostatnich latach przez „Igrzyska Śmierci”, czy „Intruza”.

Fabularnie jest chyba jeszcze gorzej. O ile historia trzyma się książkowego oryginału dość wiernie, tak o jakiejkolwiek oryginalności mówić tu nie sposób. Już papierowa wersja „Piątej Fali” nie grzeszyła powalającymi zwrotami akcji, była jednak wystarczająco obszerna, by pewne wydarzenia odpowiednio zarysować. W filmie J Blakesona właśnie tego napędzanego dramatem rozbitej cywilizacji tła zabrakło najbardziej – kolejne wypadki następują po sobie absolutnie bezrefleksyjnie, a zamiast pełnokrwistych bohaterów mamy festiwal gadających głów. Innymi słowy – znów źli kosmici, znów ratujące świat nastolatki z olśniewającym uśmiechem, muskulaturą godną rzeźb Michała Anioła i wątkiem romansowym 2+1 w tle.

J Blakeson miał na podorędziu dobrych aktorów (Moretz, Schreiber i Bello to w końcu uznane firmy), niekoniecznie oryginalną, ale wciąż emocjonującą historię i przyzwoite środki, jednak ewidentnie nie wiedział co z nimi zrobić. Poszedł więc najkrótszą drogą, tworząc kolejny produkt spod sztandaru Young Adult, nie mający do zaoferowania nic ponad ograne wiele razy motywy. Finalny werdykt? Szkoda czasu.

Kategorie
kino / dvd
Maciej Bachorski

Rocznik '87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz