kino / dvd

Ostatni dom po lewej stronie [recenzja]

Z filmu Cravena wyrosło kino Michela Haneke („Funny Games”) czy genialny francuski film „Ils” (2006) duetu  David Moreau and Xavier Palud i całe nowe brytyjskie kino miejskiej grozy.

W latach siedemdziesiątych pojawiła się w Ameryce grupka młodych reżyserów, których filmy zredefiniowały kino. Twórcy tacy jak Martin Scorsese, Francis Ford Coppola, Jerry Schatzberg czerpiąc pełnymi garściami z własnych doświadczeń życiowych, informacji z gazet przefiltrowanych przez tanie kino gatunkowe m.in. Rogera Cormana wymyślili nowy język filmowy. Opierał się on wybuchowej mieszance okrucieństwa, realizmu z mocno zarysowanym tłem obyczajowym. Kino lat 70. przestało także osądzać swoich bohaterów, zatarło granicę między tym, co dobre a złe często wciągając widza w grę, w której on sam musiał decydować, po której stronie się opowiada. Klasyki takie jak „Ulice nędzy” czy „Strach na wróble” każdy zna doskonale. Mniejszym powodzeniem w Polsce cieszył się debiut reżyserski, kto wie czy nie bardziej zasłużony dla kina niż wyżej wymienione, młodego Wesa Cravena „Ostatni dom po lewej stronie” (1972).

Zainspirowany „Źródłem” Bergmana, Craven opowiadał w nim historię dwóch morderstw. Pierwsza połowa filmu to opowieść o upodleniu, zgwałceniu a w puencie zamordowaniu przez bandę występnego Kruga dwóch młodych dziewcząt.  Druga część pokazuje zemstę rodziców jednej z ofiar po tym jak banda złoczyńców przez przypadek trafia do ich domu. Craven po mistrzowsku gra tu emocjami widza. Atmosfera filmu jest gęsta, nieznośna i sprawia, że chwilami trudno się go ogląda. Reżyserowi udało się to osiągnąć bowiem postawił na narrację zupełnie bezosobową, przez co trudno utożsamiać się z którymkolwiek z bohaterów. Od początku „Ostatniego domu…” kamera swoim zimnym okiem obserwuje wydarzenia, z których nie płynie teoretycznie żaden morał.

Jako widzowie jesteśmy po prostu wrzuceni w spiralę zbrodni, a naszym zadaniem jest w niej odnalezienie się. Po której stronie opowiemy się? Kto jest mordercą a kto ofiarą? Craven igra tu emocjami widza tworząc dzieło niejednoznaczne i szokujące. W zasadzie od tego filmu rozpoczyna się w kinie pochód tzw. „kina szoku” filmów, które pokazując zbrodnie, ludzkie wykolejenia zachowują chłodny dystans. Od nas zależy ich interpretacja i od nas ich wydźwięk. Taka był nakręcona dwa lata później „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe Hoppera (film w którym słowa zostały ograniczone do minimum, a całość opiera się na zabawie z emocjami widza). Z tej estetyki wyrosło kino Michela Haneke („Funny Games”) czy genialny francuski film „Ils” (2006) duetu  David Moreau and Xavier Palud i całe nowe brytyjskie kino miejskiej grozy.

O sile rażenia „Ostatniego domu po lewej stronie” Cravena świadczy choćby fakt, iż film był, co najmniej trzy razy przemontowywany przez cenzurę (krąży także pod tytułem „Krug & Company”), w Stanach trafił do kin z tą samą kategorią, co filmy pornograficzne a w Wielkiej Brytanii przez lata był zakazany (oficjalnie w wersji nieocenzurowanej wydany został na DVD dopiero w 2008 roku).

Nowa wersja „Ostatniego domu po lewej stronie”, która kilka lat temu trafiła do kin z oryginałem niewiele ma wspólnego. Reżyser filmu owszem postanowił szokować widza brutalnymi zabójstwami (eksplozja głowy w kuchence mikrofalowej), ale pozbawił je jakiegokolwiek sensu i logiki. O ile film Cravena pokazywał zezwierzęcenie ludzi, którzy zostali zmuszeni do takich a nie innych zachowań (rodzice po śmierci córki tracą zmysły i mordują jej oprawców) tak u Dennisa Iliadisa cała akcja pozbawiona jest sensu i wiarygodności psychologicznej.  Reżyser decydując się ocalić córkę (dociera postrzelona do domu), pozbawia film tragizmu, zamieniając go w kolejną jatkę jakich w kinie wiele. Do tego jatkę nielogiczną i pozbawioną psychologicznej wiarygodności. Jeśli nie ginie córka, nie ma zemsty. Jeśli nie ma zemsty, nie ma przemiany zwykłych ludzi w potwory. Jeśli nie ma tej przemiany film traci sens.

Pierwszy „Ostatni dom…” wprowadził kino na zupełnie nowe tory. Ustanowił kanon opowieści o przemocy we współczesnym świecie, o tym jak niewiele dzieli nas od przemiany w morderców.  Nowa wersja tego filmu, utrwala tylko stereotyp, że w kinie filmy z trupami sprzedają się lepiej niż filmy bez trupów i pokazuje, że wiarygodność psychologiczna postaci to dziś towar nad wyraz deficytowy.

 

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz