kino / dvd

Once Upon a Time in Venice – komedia kryminalna z potencjałem [recenzja]

W 2010 roku w aurze skandalu do kin trafił film Kevina Smitha „Cop Out: Fujary na tropie”. Dzieło twórcy kultowych „Sprzedawców”, zostało dosłownie zmiażdżone przez amerykańskich krytyków. Zarzucali mu, że jest mało śmieszny, wręcz nudny, a bohaterowie żałośni. Po fatalnych recenzjach „Fujary  na tropie” przepadły w kinach – była to największa klapa finansowa, jaką do 2010 roku odniósł film z Bruce’em Willisem. On sam zresztą mocno przyczynił się do niepowodzenia filmu. Skandal bowiem dotyczył sposobu w jaki Willis i Smith komunikowali się przed premierą. Ujmijmy to tak – nie były to miłe słowa.

Od tamtej pory minęło lat siedem. Kariera Willisa załamała się definitywnie (ostatni kasowy film, w którym wystąpił to „Red 2” z 2013 roku) i dziś grywa głównie w trzecioligowych filmach akcji, które trafiają na DVD. Nie lepiej radzi sobie Kevin Smith, który od tamtej pory nie nakręcił niczego, co dałoby się obejrzeć bez końskiej dawki ketonalu.

O ile drogi tych dwóch panów raczej już ngdy się nie przetną, tak „Cop Out” do Willisa wróciło – i to w dość ciekawy sposób. Otóż scenarzyści tamtego filmu: Mark i Robb Cullen, nie zważając na to co Willis odstawiał na planie tamtego filmu, obsadzili byłą wielką gwiazdę w swoim reżyserskim debiucie – „Once Upon a Time in  Venice”. Sensacyjnej komedii utrzymanej w duchu tak „Cop Out”, jak filmów Shane’a Blacka. Efekt? No cóż, na dziś jest to najbardziej znienawidzony w Stanach film roku 2017, a jego recenzje zaczynają się zazwyczaj albo od wyzwisk, albo pytania – dlaczego?

A czy rzeczywiście jest to tak zły film? Czy Willis sięgnął już dna? Otóż nie. Co zaznaczam – wcale nie znaczy, że jest to film wybitny.

Fabularnie „Once Upon…” jest rozwinięciem pomysłów z „Cop Out”. Z tą różnicą, że Willis wciela się tu nie w policjanta, a jedynego prywatnego detektywa w Venice. Jego Steve Ford to dość przechodzony twardziel, który nie pamięta już lepszych czasów. Utrzymuje się z odszukiwania graficiarzy i zaginionych seksoholiczek. Jego partner John (Thomas Middleditch – gwiazda serialu „Dolina krzemowa”) wyręcza go w pracy w terenie i podmienia w biurze kawę normalną na bezkofeinową z obawy o serce szefa. Steve ma przyjaciela Dave’a (John Goodman, który tu gra postać podobną do Lebowskiego i zdaje się tym bawić) – frustrata, rozwodnika, który nie potrafi jeść zupy, podczas seansu „Zombeavers”. Ta trójka zostanie wplątana w mafijną intrygę, gdy pewnego dnia niejaki Spyder (napakowany i kpiący z siebie i wizerunku twardziela Jason Momoa) ukradnie psa Steve’a. Aby odzyskać pupila nasz detektyw będzie musiał odzyskać walizkę kokainy. Prosta robota zaś zaprowadzi go do miejsc, do których nigdy nie chciał trafić.

„Once Upon…” jest zatem kumplowską komedią kryminalną, z mocniejszym naciskiem na komedię niż kryminał. Począwszy od sceny w której Willis wpada nago do baru trzymając broń w dłoni, wiemy już jaki to będzie dowcip (- czy ty oszalałeś – krzyczy na jego widok barman. – z giwerą do baru!). Obsceniczny, chwilami na granicy dobrego smaku i często naruszający rasowe tabu. Mamy zatem tu skąpych i okrutnych Rosjan, przygłupich Latynosów, maoryskie nimfomanki,  pazernych Żydów. Bohaterowie przeklinają, biją transwestytów a na dodatek trudno nazwać ich lotnymi (Steve zachowuje się jakby mózg zostawił w spodniach, a jego koledzy jakby nigdy takowego nie posiadali). Ale to wszystko w całości – jeśli kupujemy taką konwencję, bywa autentycznie zabawne.

To co irytuje (i psuje projekcję) to zatem nie rasistowskie wycieczki, ordynarny język a niewolnicze wręcz przywiązanie twórców do filmów Tarnatino. Nie wiadomo dlaczego zatem „Once Upon…” co chwila mizdrzy się w stronę „Pulp Fiction”, a to nawiązują muzycznie do filmu Tarantino, a to nieudolnie kopiując (najgorsza sekwencja z hotelu dla transwestytów). Gdyby bracia Cullen nie próbowali z całych sił przypodobywać się Tarantino, a zrealizowali od początku do końca „Once…” jako po prostu niegrzeczną komedię kryminalną mieliby na koncie dowcipny debiut, a Willis pierwszy film kinowy od lat. Ale tak się niestety nie stało. Tym sposobem „Once…” nagle rozpada się na dwa różne filmy. Szkoda. Bo te sceny, kiedy chłopaki nie udają, a po prostu dają nam przygłupią ale dobrze napisaną komedię, pokazują, że potencjał był. I za ten potencjał (i lekcję nie świecenia genitaliami w pizzerii) z dwadzieścia punktów wzwyż.

Once Upon a Time in Venice, reż. Bracia Cullen, wyst.: Bruce Willis, John Goodman, Jason Momoa, USA 2017. Ocena: 60%

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz