kino / dvd

Mumia – Festiwal chaosu i nudy [recenzja]

mumia 2017Jeśli mimo kiepskich zwiastunów cieszyliście się na nową „Mumię”, radzimy ochłonąć i nie wydawać pochopnie pieniędzy na bilet do kina.

„Wytwórnia Universal wskrzesza swoje najsłynniejsza monstra w serii filmów grozy i nie ma zamiaru żałować na nie pieniędzy, zapewniając im tym samym gwiazdorską obsadę oraz mistrzowskie efekty specjalne!” Wspaniała wiadomość? Tak – ale tylko do momentu obejrzenia dzieła, które miało być pierwszym epizodem tego pięknie zapowiadającego się cyklu. „Mumia” z Tomem Cruise’em i Russellem Crowe’em to bowiem perfekcyjny przykład wykoncypowanego przez producentów blockbustera bez duszy: są gwiazdy, są efekty specjalne, jest szybka akcja, romans, odrobina humoru… a wszystko odmierzone tak precyzyjnie jakby nad filmem pracował sztab fanatycznych matematyków, którym wydaje się, że właśnie odkryli niezawodny wzór na filmowy przebój.

Tak, jasne – raczej wzór na usypianie nadmiarem atrakcji. Tom Cruise nie gra tym razem postaci tak heroicznej jak w cyklu „Mission: Impossible” czy ekranizacjach powieści o Jacku Reacherze: co prawda jest tutaj komandosem, który nie mięknie pod gradem kul w Iraku, ale tak naprawdę interesuje go bardziej własny interes niż dobro innych. Kiedy flirtująca z nim blond piękność (Annabelle Wallis, znana z horroru „Annabelle” i serialu „Peaky Blinders”) wychwala w pewnym momencie jego mężność i dobre serce, bo przecież w trakcie katastrofy lotniczej bez wahania oddał jej jedyny spadochron, jaki znajdował się na pokładzie, ten z pełną powagą odpowiada: „Myślałem, że jest jeszcze jeden”.

To mógł być punkt wyjścia do stworzenia nietypowej w dorobku Cruise’a kreacji – tyle, że scenarzyści zamiast przejmować się tak nieznaczącym detalem jak intrygujący bohaterowie, postanowili zapewnić im raczej maksimum wrażeń, a to przerzucając ich w egzotyczne miejsca, gdzie można zarobić serię z karabinu maszynowego albo odnaleźć grobowiec mumii, a to umieszczając ich w pikującym ku ziemi samolocie czy pędzącym na oślep aucie ściganym przez żywe truposzczaki, albo zmuszając ich do podwodnej ucieczki przed chmarą zombiaków wycinających nerwowym kraulem, albo znowu wpychając ich w łapy niedźwiedziowatego jegomościa imieniem Henry Jekyll (w tej roli melduje się Russell Crowe, ostatnimi czasy coraz częściej grający wyłącznie po to żeby popłacić rachunki, a nie popisać się aktorskim talentem), który z kolei dokopał się w Anglii do grobowca krzyżowców i odnalazł w nim coś, co w połączeniu ze znaleziskami komandosa Cruise’a w Iraku – czyli mumią pewnej wrednej damy (Sofia Boutella), która zaprzedała duszę Złemu, a także rytualnym sztyletem – może wywołać całkiem solidną apokalipsę…

Że to streszczenie jest chaotyczne i pozbawione seansu? No pewnie – dokładnie tak jak sam film. Od samego początku czujemy, że nic się tutaj nie trzyma kupy, a „twórcom” tego wiekopomnego dzieła zależy wyłącznie na tym, aby namnożyć jak najwięcej ekscytujących sekwencji, najlepiej takich, które gdzieś się już wcześniej pojawiły, bo przecież jak każdy rozsądny biznesmen wie, widzowie najbardziej lubią te filmy, które już znają. Przed oczami przemykają nam więc po kolei sceny zapożyczone z „Quatermassa”, „Amerykańskiego wilkołaka w Londynie”, „Lifeforce”, „Zombi pożeraczy mięsa” czy kolejnych części „Mission: Impossible”, a my mamy się cieszyć, że odrestaurowano je za pomocą najnowocześniejszych, momentami rzeczywiście robiących jako-takie wrażenie efektów specjalnych.

Powiedzmy sobie szczerze: zrobienie dobrego filmu o morderczej mumii wymaga przede wszystkim reżysera, który czuje temat i jest w stanie wyczarować na ekranie atmosferę, dzięki której będziemy w stanie na jakieś dwie godziny uwierzyć, że taka mumia, panie, to faktycznie nic śmiesznego i o gonionych przez nią bohaterów należy trząść się ze strachu. Sztuka ta znakomicie udała się Karlowi Freundowi w „Mumii” z 1932 r. – jednym z najlepszych klasycznych horrorów wytwórni Universal – a w 1959 r. z niezłym skutkiem dokonał jej także czołowy reżyser wytwórni Hammer, Terence Fisher, strasząc nas „Mumią” z niezawodnym duetem Christopher Lee/Peter Cushing.

W czasach bardziej współczesnych zaszczyt budzenia Mumii z wieloletniego snu przypadł Stephenowi Sommersowi, który w 1999 r. zapoczątkował nowy cykl o bezwzględnym egipskim mścicielu. Jasne, nie był to już czysty film grozy, który można by porównywać z produkcjami Freunda i Fishera, tylko nie do końca poważna przygodówka z licznymi odwołaniami do radosnego kina lat 80. i istnym bogactwem efektów cyfrowych (wówczas jeszcze pionierskich i co za tym idzie – nie zawsze udanych) oraz paroma gwałtowniejszymi momentami, ale nie brakowało jej luzu, uroku i autentyczności wynikających z tego, że film robiła ekipa kochająca tego rodzaju kino. Tymczasem nowa „Mumia” ani nie straszy, ani nie radzi sobie z budowaniem atmosfery tajemnicy, a o jakimkolwiek luzie, uroku i autentyczności po prostu nie może być w jej przypadku mowy; tu czuć jedynie, że nad całością pracowała ekipa kochająca zarabiać pieniądze. I oby nie zarobiła ich zbyt wiele – być może wtedy wytwórnia Universal odda następne filmy o potworach w ręce odpowiednich ludzi. Bo na razie – o zgrozo – trzymają na nich łapy reżyser i scenarzyści „Mumii”, których wysiłek jest w omawianym filmie tak niedostrzegalny, że nie mam ich nawet zamiaru wymieniać z imienia i nazwiska.

Mumia (The Mummy). Reżyseria: Alex Kurtzman. Obsada: Tom Cruise, Annabelle Wallis, Sofia Boutella, Russell Crowe. USA 2017. Ocena: 30%

Kategorie
kino / dvd
Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″. Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Dodaj komentarz