kino / dvd

Mechaniczna pomarańcza


Mechaniczna pomarańcza (A Clockwork Orange). Reż. Stanley Kubrick. Wyk. Malcolm McDowell, Clive Francis, James Marcus, Michael Bates.USA, Wielka Brytania 1971. 

 

Pamiętam gigantyczną kolejkę, jaka ustawiła się przed warszawskim kinem Femina (a może to była Skarpa, nie jestem pewien), gdzie w ramach Konfrontacji miała być pokazana właśnie ”Mechaniczna pomarańcza”. W kolejce stali oczywiście nie tylko amatorzy markowej sztuki filmowej,  ale nade wszystko ciekawscy, których do kinowej kasy zwabiła wyprzedzająca film Kubricka aura skandalu. W końcu to był sam początek lat 70., czasy wczesnego Gierka i żelazna kurtyna nie była już tak szczelna jak kiedyś. Ja oczywiście w tej kolejce też stałem, ale na pokaz się nie dostałem, bo nie starczyło biletów (zresztą i tak pewnie by mnie na seans nie wpuszczono, bo wtedy nie miałem jeszcze dowodu osobistego). „Mechaniczną pomarańczę” zobaczyłem więc dopiero po latach i…  Nie, nie  rozczarowałem się, raczej zdziwiłem, bo w tym filmie jest wprawdzie seks, nagość i terror, ale znowu nie w takim wymiarze i natężeniu, by było się czym ekscytować i na co się oburzać (a przecież w takiej Irlandii czy w Korei Płd. filmu Kubricka nie wolno było wyświetlać w kinach przez parę dekad, w Wielkiej Brytanii także w swoim czasie zdjęto „Mechaniczną pomarańczę” z ekranów, zresztą na żądanie samego reżysera, poruszonego doniesieniami prasy o wyczynach młodych przestępców naśladujących bohaterów jego filmu; „Mechaniczna pomarańcza” wróciła do brytyjskich kin dopiero po śmierci Kubricka). Inna sprawa, że moje zdziwienie pośrednio świadczyło też o tym,  że w ciągu nie tak znów długiego okresu kino diametralnie się  zmieniło, w każdym razie na pewno spowszedniała mu wszelkiej maści brutalność. Tu trudno nie zauważyć, że stało się to między innymi za sprawą „Mechanicznej pomarańczy” właśnie, był to bowiem jeden z tych filmów, który zapoczątkował nurt kina przemocy, zrodzony niejako na zgliszczach Kodeksu Haysa. Przez całe lata ów film był też punktem odniesienia dla mniej lub bardziej zdolnych naśladowców.

 

Jednak mimo pewnego opatrzenia Kubrickowskich (tzn. przejętych od Kubricka) chwytów, „Mechaniczna pomarańcza” i tak wciąż pozostaje obrazem niezwykłym i bulwersującym. Nie dlatego, że śmieszy, pokazując rzeczy straszne (patrz: śmierć zadana kobiecie przez Alexa, głównego bohatera, rzeźbą gigantycznego penisa), że wbrew wszystkim i wszystkiemu uwodzi prowokacyjnymi bo radosnymi baletami gwałtu (vide: glanowanie przez bandę droogów pewnego pisarza w rytm piosenki „Singing in the Rain”). A przynajmniej nie tylko dlatego. Ta przewrotna futurystyczna (w końcu „Mechaniczna pomarańcza” to rodzaj antyutopii) groteska o młodocianym bandziorze  (jedna z najlepszych ról w całej karierze Malcolma McDowella), któremu w glorii prawa wyprano mózg, by zniechęcić go do popełniania „brudnych czynów”, przede wszystkim  bowiem stawia wciąż  aktualne pytania. Na przykład czy człowiek, którego pozbawiono możliwości wolnego wyboru między dobrem a złem, nadal pozostaje człowiekiem? Albo czy państwo w imię tzw. wyższej konieczności może dowolnie i brutalnie manipulować przy prawach jednostki? No i czy cynizm polityków nie zna granic?  

 

Co do tej ostatniej wątpliwości… Oglądając scenę, w której minister brytyjskiego rządu robi sobie dla prasy wspólne zdjęcie z bohaterem filmu, Alexem, mimowolnie pomyślałem sobie o nie tak dawnych jeszcze flirtach niektórych naszych polityków z kibolami. Ksywa Staruch mówi wam coś? I jeszcze jedno: w powieści Anthonego Burgessa, która Kubrickowi posłużyła za podstawę scenariusza (Burgess nigdy nie wybaczył Kubrickowi, że ten w swoim scenariuszu pominął ostatni rozdział książki, ukazującej rzeczywiste przejście Alexa na stronę dobra, pisarz pluł sobie zapewne też w brodę, że prawa do ekranizacji powieści sprzedał za marne 500 dolarów Mickowi Jaggerowi, który początkowo siebie samego widział w głównej roli)), tak jak i w filmie bohaterowie mówią językiem będącym mieszaniną Cockneya i rosyjskiego. Futurystyczny to żarcik czy złowieszcza wróżba? Oczywiście można na tego typu rozważania machnąć ręką i powiedzieć: political ficton. No dobrze, to co w takim razie robią te zielone ludziki u naszych bram? No prawie u bram… 

 

Kategorie
kino / dvd

Dodaj komentarz