kino / dvd

Mayhem – krwawy fokus na target [recenzja]

Niesprawiedliwość i zimne jak lód oblicza przełożonych, z szefem-despotą na czele? Brak litości wobec maluczkich? Koledzy i koleżanki, pod płaszczykiem wymuszonej uprzejmości ukrywający chęć wbicia nam noża w plecy? Tak właśnie przedstawiają się standardy pracy w korporacji. Przynajmniej według Joe Lyncha.

I dokładnie w taką rzeczywistość wpada Derek Cho, młody i ambitny prawnik pracujący dla jednej z ważniejszych firm zajmujących się doradztwem finansowym. Początkowy zachwyt wymuskanym na błysk otoczeniem i możliwościami rozwoju wymarzonej kariery, szybko zamienia się jednak w niekończące się nadgodziny i konieczność ciągłej walki o pozycję w świecie rekinów biznesu. Czarę goryczy dla naszego bohatera przelewa jednak niesprawiedliwe oskarżenie o malwersacje i finalne wyrzucenie z pracy – na nieszczęście dla jego szefów jednak, mające miejsce dokładnie w momencie, gdy budynek korporacji zostaje otoczony kwarantanną. Oto bowiem na świecie szaleje wirus budzący w ludziach mordercze instynkty, a choć antidotum istnieje, na jego efekty trzeba czekać kilka godzin – w trakcie których zainfekowani nie będą pociągani do odpowiedzialności za swoje czyny. Skwapliwie korzystając z okazji, pan Cho w takich okolicznościach postanawia wyłożyć radzie nadzorczej skalę ich pomyłki.

Całkiem niedawno powstał „The Belko Experiment”, mający w założeniu być bardzo dosadną satyrą na powierzchowność relacji międzyludzkich w korporacjach. Mimo sprawnej realizacji, problemem owego filmu był jednak nie do końca trzymający się kupy ton historii, która sama nie wiedziała do końca czym zamierza być – slasherem, krwawą komedią z małym przesłaniem w tle, czy thrillerem z (w założeniu) interesującym twistem. Skutkiem tego wyszło mocno średnio – niczego nowego nie odkryliśmy, a śmiertelnie poważna druga połowa filmu budziła więcej zażenowania niż satysfakcji. Tego błędu Joe Lynch ze swoim „Mayhem” nie popełnia, od początku wysyłając jasne sygnały w stronę widza: będzie akcja, będzie krew i zwariowana zabawa.

Tak też się w jego filmie dzieje i trzeba przyznać, że ci którzy mają za sobą doświadczenie w „korpo”, okazji do uśmiechnięcia się pod nosem znajdą aż w nadmiarze. Poczynając od narysowanych grubą krechą postaci demonicznego szefa, wręczającego z grobowym tonem wypowiedzenie menedżera kadr, czy robiącą co się da by awansować koleżankę z biura obok, przez aż nazbyt oczywistą strukturę całej firmy, z gabinetem zarządu mieszczącym się na samym szczycie budynku, po panującą wokół zawiść i obłudę – wszystko podane jest z wielkim przymrużeniem oka. Kiedy zaś do akcji wkracza zmieniający ludzi w niepoczytalnych choleryków wirus, na ekranie w ciągu kilku chwil rozpętuje się tytułowy chaos.

Nakręcone jest to równie sprawne jak opowiedziane. Ujęcia są dynamiczne, sceny walk odpowiednio przegięte, a przypominająca w ogólnym rozrachunku grę komputerową wędrówka naszych bohaterów przez kolejne piętra budynku pędzi do przodu okraszona soczystą muzyką pokroju „Motherfuckera” Faith No More, nie oglądając się na konwenanse. Jest też oczywiście krwawo, choć nie do przesady która kwalifikowałaby film Lyncha w rejony kina gore. Steven Yeun udowadnia przy tym, że po „The Walking Dead” stać go na inne, równie ciekawe role, a Samara Weaving jest jeszcze lepsza niż w „Opiekunce”. Czas ekranowy kradnie też pociągająco antypatyczny Stephen Brand w roli „Szefa”, na którego wybuchy wściekłości po prostu się czeka.

Nie ma co się oszukiwać, film Stephena Lyncha to nie tak świetnie studiujący frustrację „Upadek” z Michaelem Douglasem w wersji komediowej – ale też ani przez moment nie zamierza nim być. To po prostu fajnie zrealizowane, pozytywnie pokręcone kino zapewniające odprężający wieczór. Szczególnie po kolejnej dniówce w korpo.

Mayhem. Reżyseria: Joe Lynch. Obsada: Steven Yeun, Samara Weaving, Steven Brand. USA, 2017.
7
Mayhem. Reżyseria: Joe Lynch. Obsada: Steven Yeun, Samara Weaving, Steven Brand. USA, 2017.
Kategorie
kino / dvd
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz