kino / dvd

Marzyciele – koniec niewinności i panna Green [recenzja]

Co ma większe znaczenie: Czerwona książeczka Mao czy dobry seks i wino? Czemu się oddać: cielesności czy ideologii? Film Bertolucciego zadaje te pytania, ale reżyser nie odpowiada. Bo odpowiedzi nie ma.

Rok 1968. Młodzi ludzie w dzwonach i koszulach w kwiaty paradują ulicami. Hipisowska epoka w pełnym rozkwicie. The Doors wydało właśnie album “Waiting For The Sun”, Janis Joplin i Jimi Hendrix odnoszą największe sukcesy. W Stanach wolna miłość i muzyka jednoczy młodych do walki ze skostniałymi normami. Studenci okupują campusy, protestując przeciwko Wietnamowi – Make Love Not War. W Polsce rozruchy, w Pradze czołgi Układu Warszawskiego. W Paryżu zamknięto właśnie filmotekę narodową. Sfrustrowana młodzież zaczyna domagać się swoich praw, w maju uliczne zamieszki zamieniają się w regularną wojnę – “Marzyciele” przenoszą nas na gorące paryskie ulice.

Film otwiera istna eksplozja kolorów. Pierwsze kadry kłują w oczy intensywnością, jakiej od dawna w kinie nie było. Błękit jest naprawdę błękitem. Tętniące życiem ulice przypominają malarską sztalugę, pokrytą żywą, oddychającą, poruszającą się farbą.

Plastyczna sugestywność zawsze była znakiem rozpoznawalnym Bertolucciego, jednak w “Marzycielach” doprowadził ją do perfekcji. Siedząc w kinie i patrząc na spacerujących po trawie bohaterów widzimy krople rosy osiadające na ich kostkach i powoli spływające w dół. Dzięki zmasowanemu natężeniu kolorów reżyser bez słów oddaje ducha epoki – kolory są ekwiwalentem emocji. Prowadzi to jednak do skutków odwrotnych niż zamierzone. Zamiast uwodzić widza – usypia go.

Oto francuskie rodzeństwo poznaje amerykańskiego studenta. Isabelle (Eva Green) i Theo (Louis Garrel) zapraszają Matthew (Michael Pitt), by zamieszkał z nimi. Rozpoczyna się historia miłosnego trójkąta, w którym z dnia na dzień coraz więcej granic zostaje przekroczonych. Trzy ciała stają się jednym żyjącym organizmem w myśl zasady, że wszyscy jesteśmy jednością. Należy oddać honor reżyserowi; miłosne sceny należą do najlepiej skadrowanych w historii kina. Isabelle na naszych oczach staje się świadomą swej seksualności kobietą, Matthew stara się być odpowiedzialnym za partnerkę mężczyzną. Tylko Theo nie rozwija się. Popijając wina z piwniczki bogatego ojca, ulega fascynacji Mao i komunizmem. A za oknami trwa już “paryska wiosna”. Wojsko i policja walczą z rozszalałym tłumem, na ulicach pojawiły się barykady, nad głowami powiewają czerwone sztandary.

Można powiedzieć, że “Marzyciele” to film nieudany, prokomunistyczny, pełen truizmów. Nie zapominajmy jednak, o jakich czasach opowiada. Wszak była to epoka naiwnego zachłyśnięcia się ideami i seksem. Na przykładzie banalnej historii trójkąta miłosnego Bertolucci obnaża infantylny poziom rozmów tzw. zbuntowanych. Jeśli Wietnam – to mordercy. Jeśli komunizm – to Mao. Święta, wiecznie pijana Joplin.

Młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy z pustki słów, jakie wypowiadają. Politycznie są niedojrzali, łudzą się, że nigdy nie zamieszkają w świecie rodziców, choć to ich pieniądze wydają na zabawę i narkotyki. Dramaty świata sprowadzają do poziomu migawek z życia filmowych gwiazd, o cierpieniu niewinnych w Wietnamie czy ruchu komunistycznym w Chinach mówią z takim samym zaangażowaniem, jak o wyższości Bustera Keatona nad Charlie Chaplinem. Komunizm pociągał młodych, bo dawał złudzenie wolności i równości. To dlatego Theo i Isabelle pobiegną na barykady. Sprawa, o którą walczą, jest nieistotna.

Przemawiają tu nie lewackie sentymenty reżysera, a duch tamtych czasów. Temu, co zastane – demokracja, rodzice, pieniądze – buntownicy przeciwstawiają idee, których do końca nie rozumieją. Na pytanie, co ma większe znaczenie: ideologia czy seks, nie można odpowiedzieć i Bertolucci nie próbuje. Jedynie maluje fresk epoki, której intensywność z czasem staje się nużąca. Adrenalina nie może buzować w żyłach cały czas. Toteż szarość, w którą stopniowo popada film, wydaje się efektem zamierzonym.

Czy “Marzyciele” są obrazem wybitnym? Nie. To jednak film prawdziwy, opowiadający smutną, starą historię, że cokolwiek byśmy zrobili, jakkolwiek chcielibyśmy być inni – z biegiem czasu i tak będziemy musieli opowiedzieć się po jednej stronie. Czy chcemy żyć marzeniami, na cudzym garnuszku, walcząc o sprawę, o której już nikt nie pamięta? Czy dorosnąć?

Są też “Marzyciele” hołdem złożonym kinu. Film Bertolucciego wypełniają cytaty z klasycznych filmów. Na ekranie ożywają Boska Greta i Marlena. Powracają kadry z “Do utraty tchu” czy “Les Enfants Terribles”. Jeśli ktoś nie ma ochoty na ideologiczne rozważania, może po prostu bawić się w filmową zgadywankę, rozpoznając kadry i aktorów, których imitują bohaterowie.

“Marzyciele” (“The Dreamers”), reż.: Bernardo Bertolucci, scen.: Gilbert Adair, zdj.: Fabio Cianechetti, występują: Michael Pitt, Eva Green, Louis Garrel, Wielka Brytania/Francja/Włochy 2003

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz