Warner Bros
kino / dvd

Mad Max: Na drodze gniewu [recenzja] [film]

W czasach kiedy hollywoodzkie kino rządzi się powtórkami, powrót Mad Maxa napawał sporym lękiem. Niesłusznie. „Mad Max: Na drodze gniewu” to najlepszy restart starej opowieści jaki powstał w ostatnich dwudziestu latach. I najlepszy film postapokaliptyczny od czasów „Mad Maxa 2”.

Bałem się. I te obawy nie były bezpodstawne. Żaden powrót do dawnych herosów jak do tej pory się nie udał. Czwarta część „Indiany Jonesa” była dwugodzinną filmową pomyłką. Odsłona „Terminatora” z Balem wywoływała drgawki i nudności. Owszem nowy „Star Trek” był przyjemny, ale to zupełnie inny rodzaj kina, z zupełnie innym ładunkiem emocjonalnym. A oryginalny „Mad Max” i wizja świata jaką wówczas prezentował Miller wspólnie z Byronem Kennedym (producent, najlepszy przyjaciel reżysera) należała do najcięższej wagi. Zdziczenie świata, rozpad wszelkich wartości i ładu społecznego pokazano z punk rockowym, anarchistycznym pazurem. I taką ilością brutalności, że po premierze pisano o „Mad Maxie”, że jest filmem tylko dla zwyrodnialców. (Pisano także, że jest wymarzoną przez Hitlera ekranizacją „Mein Kampf”.)

XXI wiek w kinie to wiek, który ucieka jak tylko może najdalej od oryginalności wizji i okrucieństwa świata. Dlatego też w czasach kiedy nawet John McClane nie może przeklinać w nowej odsłonie „Szklanej pułapki” powrót Mad Maxa napawał mnie grozą. Bo co to za Max bez brudu, okrucieństwa, społecznych dewiacji i ekranu ociekającego na zmianę seksizmem i testosteronem? Ano żaden. Dawny cień antyherosa. No i jeszcze przeciągające się w nieskończoność zdjęcia i postprodukcja. Kiedy ponad dwa lata temu spotkałem się z Georgem Millerem, ten dowiedział się właśnie, że Warner Bros przekłada premierę „Mad Maxa” o rok, a on musi przemontować film. Same złe znaki. A puenta? Ano puenta jest taka, że po pierwszej minucie projekcji zapominamy o wszystkich lękach. Po drugiej nie  jesteśmy w stanie podnieść szczęki z podłogi i w takiej pozycji zastygamy na całe dwie godziny.

Tak – „Mad Max: Na drodze gniewu” to pierwszy film od lat, który mam ochotę okrzyknąć arcydziełem kina gatunkowego. Zapomnijcie o wszystkich filmach z Liamem Neesonem, o adaptacjach komiksów i nadciagających „Gwiezdnych wojnach”. To siedemdziesięcioletni dziś George Miller powracając do swojego uniwersum, reanimował właśnie ledwo bijące serce tonącej w bylejakości popkultury.

Kim jest nowy Max Rockatansky?  Człowiekiem znikąd. Byłym policjantem, nękanym przez demony przeszłości. Ostatnim żywym na pustyni na której żyją umarli i sępy. Dawno temu Max miał rodzinę, ale porzucił ją przez co popadł w obłęd. Teraz ścigany przez duchy swojej przeszłości Max doskonali się w jednej sztuce – przeżycia. A ta przyda mu się, gdy zostanie wzięty do niewoli przez żołnierzy Nieśmiertelnego Joe (w tej roli Toecutter z pierwszej części Maxa, czyli Hugh Keays-Byrne), tyrana rządzącego pustynią. Niebawem okazuje się, że prawa ręka Nieśmiertelnego, Imperator Furiosa (kapitalna Charlize Theron) zbuntuje się przeciwko władcy i uprowadzając wielką ciężarówkę-machinę wojenną, rozpocznie ucieczkę w stronę mitycznej Oazy. Jedynym którym będzie w stanie pomóc jej w realizacji misji będzie udręczony, cierpiący na bezsenność Max.

To wszystko zajmuje jakieś pięć minut projekcji. Po wybuchowym i niezwykle dynamicznym zawiązaniu akcji, następuje dwugodzinna bezustanna jazda na emocjonalnym rollercoasterze, a droga przez pustynię zamienia się w surrealną podróż przez obce i dziwne światy. Wyobraźnia Millera zdaje się być tu nieograniczona, a obrazy jakie nam serwuje zaskoczą najbardziej wybrednych kinowych wielbicieli postapokalipsy. Bo czego tu nie ma. Jest szalony gitarzysta, piękne, skąpo odziane dziewczęta będące seksniewolnicami mutantów (co swoją drogą stanowi piękne nawiązanie do pulpowych opowieści o wszystkich „Wojowniczych nimfach w krainach barbarzyńców”), mroczne ujęcia ludzi z bagien, gigantyczne bolidy, pojedynek na plucie w silniki, choroby, śmierć, rozkład, szalony czarny humor i wojownicze emerytki. Wszystko to podane jest w niezwykle brutalny i okrutny sposób. Zupełnie jakby Miller postanowił pokazać współczesności środkowy palec, mówiąc – kino to nie jest grzeczna zabawka dla idiotów. Kino to wyzwanie. Bezustanna zabawa zmuszająca widza nie tylko do tępego patrzenia ale kojarzenia obrazów i układania ich w jeden ciąg.

„Mad Max: Na drodze gniewu” przywraca wiarę w inteligentną rozrywkę, która szokując, bawi i zmusza do refleksji. Tak – refleksji. Bo mimo wysokooktanowej akcji, ten film ma swój przekaz. Prosty, owszem, ale niebywale istotny. Zresztą Miller nigdy nie ukrywał, że w kinie zawsze najbardziej interesowała go filmowa wariacja na temat campbellowskiego monomitu. Jest więc i nowy „Mad Max” tak naprawdę opowieścią o archetypie bohatera, połamanego, zniszczonego, ale bohatera.

Kilka dni temu Joe Dante – inny dziś zapomniany wielki reżyser kina gatunkowego – napisał najkrótszą i najlepszą recenzję z „Mad Maxa” jaką czytałem. Brzmiała ona tak: Siedemdziesięcioletni reżyser pokazuje siusiumajtkom jak kręci się filmy. Pełna zgoda. Dodałbym od siebie tylko jedno – pokazuje światu, że prawdziwa rozrywka zawsze była i będzie inteligentną grą ze światem wymyślonym, postaciami i rzeczywistością. Nie da się tworzyć przejmujących i wciągających opowieści, bez zakorzenienia ich w paranoi czasów w których powstały. Wszystkie największe dzieła popkultury podejmowały grę z rzeczywistością. Czy był to „Indiana Jones”, czy były to „Gwiezdne wojny”, czy „Rocky”, „Rambo” i „Powrót do przyszłości”. „Mad Max: na drodze gniewu” napędzany gniewem i furią współczesności już dziś dołączył do panteonu największych dzieł popkultury.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Komentarz
  • Mateusz Sutkowy
    3 czerwca 2015 at 21:39
    Skomentuj

    Film niesamowity, dbałość o szczegóły na najwyższym poziomie, cały czas coś się dzieje, ale najważniejsze, że akcja nie jest bezsensowna. Jedyną rysą pozostaje zatrudnienie Rosie Huntington-Whiteley, która odbiera mi część radości z każdej sceny w której się pojawia.

  • Dodaj komentarz

    REKLAMA
    Instagram
    • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
    • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry
    • Jak tam u Was? Mikołaj już był? 😉🎅✨ #dredd #judgedredd #actionfigure #threea #2000AD #toys #prezenty #mikołajki #popkultura #komiksy #dystryktzero