kino / dvd

M jak morderca – Podróbka thrillera [recenzja]

Gdyby M jak morderca powstało w latach 90. ubiegłego wieku, pewnie od razu trafiłoby na kasety wideo, a ludzie ustawialiby się w kolejkach, aby móc go wypożyczyć. Po seansie stwierdziliby, że to tylko kolejny sztampowy thriller ze znanym aktorem. Ten film zrealizowano jednak o jakieś 20 lat za późno i widz ma do czynienia z mało zjadliwą papką niespełniającą współczesnych kinowych standardów.

Lekcje reżyserii Johnny Martin ewidentnie pobierał z policyjnych seriali telewizyjnych, a chcąc wykształconej przez nie narracji dodać nieco animuszu, starał się skopiować mroczny styl produkcji Davida Finchera. Wszystkie postacie są nam dobrze znane zarówno z dużego, jak i małego ekranu. Al Pacino wciela się w starego, doświadczonego detektywa Archera. Karl Urban jest jego o wiele młodszą wersją i jako detektyw Ruiney nie ustępuje mu w wyciąganiu odpowiednich wniosków. Brittany Snow kreuje ambitną dziennikarkę Christi, pragnącą pokazać jak naprawdę wygląda praca policjantów w małym miasteczku. Całej trójce przyjdzie się zmierzyć z mordercą, którego zabójstwa nawiązują do dziecięcej gry w wisielca.

Twórca próbuje nas zaangażować emocjonalnie w opowieść, poprzez sugerowanie, że każdy z głównych bohaterów skrywa jakąś tajemnicę. Wszyscy oni mają osobiste powody, dla których pragną poznać tożsamość mordercy. Jednakże ich ujawnienie obnaża grube nici jakimi zszyto fabułę. Nie należy oczekiwać pogłębionej psychologii postaci, a motywacje przyjąć na słowo honoru. Tak jak wiele innych aspektów historii.

Reżyser korzysta ze wzorców znanych chociażby z Siedem. Powoli i stopniowo każe nam wraz z policjantami zagłębiać się w umysł mordercy. Wisielec, bo taki pseudonim otrzymał zabójca, niczym John Doe z filmu Finchera próbuje wciągnąć przedstawicieli prawa w makabryczną grę. Wszystko po to, aby bohaterowie mogli nauczyć się czegoś o sobie. Jednak u Martina nie ma kolejnych kręgów piekła. Skupia się on na próbie zaskoczenia widza, ale zapomina o potrzebnym do tego realizmie.

Kolejne zwroty akcji są tak absurdalne, że ciężko uwierzyć w przedstawiane wydarzenia. Mamy tu między innymi księdza, którego pewnej nocy odwiedził mężczyzna. Ogłuszył on duchownego po czym ukradł mu krew (sic!). Fabuła została zbudowana z takich niewiarygodnych sytuacji, mających podkreślać wyrachowanie mordercy, a w rzeczywistości jedynie wywołujących śmiech widzów.

Z bardzo prostą i na siłę udziwnianą historią idzie w parze łopatologiczna narracja. Kiedy pojawiają się jakiekolwiek zawiłości, któryś z życzliwych bohaterów pyta kolegę bądź koleżankę o znaczenie zastanej sytuacji. Oczywiście po dokładnym opisie słownym tego, czego właśnie byliśmy świadkami. Wszystko zostaje wyłożone wielkimi literami, tak abyśmy nie musieli zbytnio wysilać szarych komórek ani czekać na odpowiedzi. O napięciu nie ma tutaj mowy.

Para policjantów prowadzących sprawę wykazuje się nie mniejszymi zdolnościami dedukcyjnymi co śledczy którejś z serii oznaczonych literkami CSI. Porównanie jak najbardziej na miejscu, bo nie brakuje tu innych elementów wywołujących jednoznaczne skojarzenia. Mamy obowiązkowe przesłuchanie niewinnej osoby powiązanej ze sprawą, a nawet panią koroner pomagającą rozwiązać zagadkę morderstw. Ba, w jednej ze scen Ruiney zakłada okulary przeciwsłoneczne i brakuje tylko, aby niczym detektyw grany przez Davida Caruso, rzucił zabawnym one-linerem.

Karl Urban ze swoją skwaszoną miną wolałby raczej po raz kolejny wcielić się w Sędziego Dredda, niż biegać w garniturze i szukać Wisielca. Al Pacino natomiast sprawia wrażenie jakby zastanawiał się, jak trafił na plan tego filmu, skoro zrobił karierę. Jego bohater tak jak w Bezsenności, cierpi na tytułowe zaburzenia snu, a sam aktor prawdopodobnie nie spał przez cały okres zdjęciowy. Brittany Snow robi to co zwykle, czyli ładnie wygląda i wygłasza swoje kwestie z mniejszym, bądź większym entuzjazmem.

M jak morderca to nieudolna podróbka thrillerów z seryjnymi mordercami. Johnny Martin próbował zmieścić w jednej produkcji całą ikonografię gatunku, korzystając z wyświechtanych klisz i odwracając je na lewą stronę. Upierdliwy kapitan jest tutaj kobietą poruszającą się na wózku, a emerytowany policjant nie mówi, że jest na coś za stary, a z uśmiechem na ustach angażuje się w sprawę. Co z tego skoro cała przewrotność ginie w gąszczu powtarzalnych zabiegów, a odnajdywanie kolejnych odniesień wzbudza zażenowanie, zamiast bawić.

M jak morderca (Hangman). Reżyseria: Johnny Martin. Obsada: Al Pacino, Karl Urban, Brittany Snow i inni. USA 2017
2
M jak morderca (Hangman). Reżyseria: Johnny Martin. Obsada: Al Pacino, Karl Urban, Brittany Snow i inni. USA 2017
Kategorie
kino / dvd
Rafał Christ

Filmoznawca z wykształcenia. Od dziecka zakochany w filmach każdego rodzaju – ogląda zarówno produkcje artystyczne jak i kino klasy Z. Między kolejnymi wizytami w kinie lubi odpocząć czytając komiks, albo książkę. Od kilku lat dzieli się swoimi przemyśleniami na temat popkultury z czytelnikami. Można go spotkać w internecie, na papierze i przy barze.

Komentarz
  • Zavias
    11 stycznia 2018 at 08:35
    Skomentuj

    Żeby obejrzeć ten film potrzebowałem co najmniej pięciu podejść. Co mnie skłoniło do takiej wytrwałości? Nie mogłem przez cały ten czas zrozumieć jednego: co lub kto bądź jaka sytuacja (bo chyba nie finansowa) zmusiła do gry tak wybitnego aktora w tak wyjątkowym g…..? Się nie dowiedziałem ale wybaczyłem 🙂

  • Dodaj komentarz