kino / dvd

Logan: Wolverine – Ostatnia podróż [recenzja]

W starych przysłowiach kryje się jednak wielka mądrość. Kiedy ktoś Ci powtarza, że do trzech razy sztuka – to najwyraźniej wie, co mówi. Sprawdziło się w przypadku „Logana”. Po dwóch przeciętniakach dostajemy Wolverina, jaki powinien powstać dawno temu. Aż żal, że to pożegnanie z rolą Jackmana.

Film Mangolda stanowi godny salut w stronę bohatera, w którego skórze Jackman spędził ostatnie siedemnaście lat.

O „Genezie” wielu pragnie zapomnieć ze względu na zmarnowany potencjał – oraz przez to, co uczyniono Deadpoolowi. „The Wolverine” po prostu zawodził. Był za grzeczny, zbyt ckliwy i momentami bez wyrazu. Nie pomogły nawet piękne japońskie plenery i twórcza wrażliwość Jamesa Mangolda. W „Loganie” za kamerą staje ten sam reżyser – i dla odmiany wszystko zagrało tak, jak powinno.

Wolverine jest stary, chory i zmęczony. To wrak człowieka, który po znieczulenie zagląda na dno butelki. Jest ostatnim Mohikaninem, ciągnącym resztką sił. Opiekuje się ledwie zipiącym Charlesem Xavierem. Po wielkim mentorze pozostało tylko wspomnienie, jego miejsce zajął półprzytomny starzec, ledwie kontrolujący zdolności. Wegetują na skraju pustyni, a Logan dorabia do emerytury na jachcie. Żyją w innym świecie, pozbawionym mutantów. Sytuacja zmienia się, gdy na drodze Wolverina staje matka małej dziewczynki, Laury. Pierwszej od dawna, młodej mutantki, którą ścigają bardzo źli ludzie.

„Logan” Mangolda urzeka prostotą i naturalizmem, który generuje zarówno bardzo fizyczne, bolesne wręcz, sceny akcji, niewymuszony humor, ale i szczerze poruszające sekwencje. Bardzo kameralne i szczere. Film niczego nie udaje, to pełnokrwisty, piękny western we współczesnej oprawie. I jednocześnie trzymające w napięciu kino drogi. Obraz pobrudzony pyłem z amerykańskiego bezdroża i krwią ludzi, którzy postanowili wejść Wolverinowi w drogę.

Film w pełni korzysta z możliwości, jakie daje kategoria R. Jego dojrzałość przejawia się nie tylko w brutalności i fizyczności, ale też w sposobie podchodzenia do historii, do problematyki. Gdzieś na marginesie za pomocą zwięzłych, ale sugestywnych scen porusza się kilka brzydkich spraw, o których świat chciałby zapomnieć. To subtelność i zręczność, jakiej poprzednim „Wolverinom” brakowało.

Mangold traktuje widza jak osobę dorosłą i inteligentną. Buduje świat i gorzką przeszłość bohaterów na niedopowiedzeniach, mrugnięciach okiem, tworząc nienachalną, prostą układankę. Poszczególne puzzle pomagają domyślić się dawnych wydarzeń, ale nie przesłaniają teraźniejszości retrospekcjami. Utrzymują rytm i jedynie pogłębiają teraźniejszość. Gdzieś przy okazji reżyser pożycza wydźwięk „Bez przebaczenia” Eastwooda, ale nie ma chyba komiksowej postaci, do której pasowałoby to bardziej. Zresztą, Mangold dodaje też sporo od siebie do tej historii przemocy.

„Logan” to w zasadzie spektakl kilku aktorów. Patrick Stewart w roli zniszczonego życiem Xaviera odgrywa najbarwniejszy, najprawdziwszy wariant postaci, z którą spędził tyle lat. Potrafi być tragiczny, zabawny i przyziemny, a kiedy trzeba – przywołuje echo dawnej charyzmy Profesora X. Hugh Jackman wreszcie mógł wrzucić w bohatera, z którym się żegna, tyle złości, goryczy i zwierzęcia, ile tylko mógł. Chyba pierwszy raz od czasu „X-men 2” można w tego Wolverina naprawdę uwierzyć. Za przyjemne tło robi Boyd Holbrook w roli Pierce’a, psa gończego złej korporacji. Jego rola nie jest może zbyt wielka, ale spełnia swoje zadanie i ładnie koresponduje z klasykami kina akcji. Taka postać spokojnie odnalazłaby się w filmach nawiązujących do „Die Hard”.
Największym zaskoczeniem była młodziutka Dafne Keen. Mówiąc językiem filmu: zagrała na pełnej kurwie. Na to nie ma lepszego określenia. Z temperamentem, ostro i swobodnie przechodzi od milczącej, napawającego niepokojem dziecięcego wyciszenia do napadów wrzaskliwej, gwałtownej agresji. Agresji, przy której popisy Jackmana to zaledwie dobrze wypracowana rutyna.

Taką postać chciałbym zobaczyć za parę lat w osobnym filmie – nawet jeśli „Logan” rzeczywiście nie wchodzi do głównej linii fabularnej – naturalną, wściekłą, unikającą tanio epickich póz służących do manifestowania mocy i cosplayowej fajności.

Odrobinę zawodzi muzyka. Po zwiastunach, które uwodziły widzów do taktów Kaleo i Johnny’ego Casha – można było spodziewać się więcej niż poprawnych, Hollywoodzkich kompozycji. Nie przeszkadzają, budują tło, ale ten klimat zasługiwał na więcej. Kilka scen mogłoby też wybrzmieć mocniej, wyraźniej. Po prostu aż się o to prosiły. Z drugiej strony, cały film bazuje na umiarkowanej tonacji i pewnej narracyjnej rezerwie. Oczywiście, jak to w kinie o rodowodzie super-bohaterskim zdarzają się drobne nielogiczności i bzdury, echa wyszydzanego „Marvel science”, ale znajdują się na bardzo odległym planie.

To jednak tylko drobne rysy.

Film Mangolda stanowi godny salut w stronę bohatera, w którego skórze Jackman spędził ostatnie siedemnaście lat. Zresztą, „Logan” to coś więcej. To sygnał, by pozwalać iść twórcom kina superbohaterskiego własną drogą. By mogli nadawać takim obrazom unikalną tożsamość, zamiast kopiować wzorzec pierwszych „Avengersów” albo Nolana. Wbrew obawom niektórych – takie unikaty też potrafią rozbić bank.

A teraz… usiądźcie w kinie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście i pożegnajcie mutanta, bez którego filmowi „X-men” nie byliby tym samym. „Logan” jest bowiem drogą. Wyboistą, pełną goryczy, niewymuszonej mądrości, ale też ze swoistym katharsis na koniec. Drogą, w którą bohaterowie zabierają widzów.

Kategorie
kino / dvd
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności – i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

4 komentarze
  • Dorota Martynska
    11 marca 2017 at 07:13
    Skomentuj

    Czy pan recenzent naprawdę oglądał film czy tylko o nim słyszał? Zgadzam się co prawda z oceną, ale rażą błędy dotyczące fabuły… Praca na jachcie??? Matka dziewczynki???

  • Hubert Sosnowski
    Hubert Sosnowski
    12 marca 2017 at 21:40
    Skomentuj

    Pan recenzent oglądał.
    Co do jachtu – szyk ma znaczenie. Logan chce spędzić emeryturę na jachcie (tak jakby…), no czyż nie? Mogło mnie co najwyżej ponieść ze skrótem myślowym. 🙂
    Zarzut 2 – piszę o takim stanie, jaki mamy w początkowych fazach filmu, bo nie chcę zdradzać zwrotów akcji, nawet jeśli dużo nie zmieniają (choć to kwestia dyskusyjna). A pani, o której mówimy, tak się na początku przedstawia. Jako matka dziewczynki.

  • Dorota Martynska
    16 marca 2017 at 16:51
    Skomentuj

    🙂
    Dzięki za wyjaśnienie.

  • grzesiek
    30 kwietnia 2017 at 14:41
    Skomentuj

    Film nie kładzie na kolana, ma jednak swój klimat. Ale tylko klimat. Przyzwyczajony do dynamicznej fabuły w poprzednich filmach o X-menach czuję się zawiedziony.

  • Dodaj komentarz