kino / dvd

Linia życia – pacjent umarł i nie żyje [recenzja]

Jeżeli powyższy tytuł recenzji wydaje się wam bez sensu, a plakat filmowego horroru jest straszniejszy niż sam film – wiedzcie, że coś się dzieje. A w przypadku „Linii życia” dzieje się to, że ów obraz jest filmem ze wszech miar marnym. Tym samym przed tegorocznym remake’em dziełka z początku lat 90′ zostaliście ostrzeżeni.

Ano właśnie – „Linia życia” AD 2017, to mimo obecności Kiefera Sutherlanda pośród obsady, nie tyle kontynuacja horroru z 1990 roku, co bardziej jego odświeżona wersja. Tematyka pozostała identyczna – ot, grupka studentów medycyny decyduje się na śmiały eksperyment, w którym spędzi kilka minut w stanie śmierci klinicznej. Wszystko po to, by dowiedzieć się, czy kiedy opuścimy ten padół łez rzeczywiście będziemy dalej istnieć. Kasa i światowa sława to przy takim odkryciu niewielki bonus. Problem w tym, że żaden z naszych bohaterów nie zdaje sobie sprawy, że podróż w zaświaty ma skutki uboczne…

Oryginalna wersja „Linii życia” przez przeszło dwadzieścia siedem lat od momentu premiery dorobiła się statusu filmu kultowego. Niesamowicie nośny pomysł i obsada godna hollywoodzkiego blockbustera do dziś skutecznie maskują dość miałką warstwę fabularną. Co się jednak w świadomości widzów stało udziałem pierwowzoru, z pewnością nie ma szans wydarzyć się przy jego tegorocznej reinkarnacji – bo nowa wersja, to film pod każdym względem gorszy.

Kuleje przede wszystkim scenariusz, który jest zwyczajnie durny. I nie chodzi tu o samą ideę badania życia po śmierci w tak absurdalny sposób, w jaki nasi spece od medycyny postanawiają to zrobić, co raczej logikę wydarzeń. Zapytalibyście dla przykładu w trakcie seansu, skąd bohaterowie mają do dyspozycji wart na pierwszy rzut oka dziesiątki tysięcy dolców sprzęt umożliwiający ich eksperymenty? Szkoda czasu, on po prostu sobie stoi w podziemiach budynku, w sumie bez nadzoru. Takich kwiatków jest zdecydowanie więcej. Ale pal to licho – gdyby miast odcinać kupony na znanym tytule filmu, „Linia życia” w nowatorski sposób ogrywała cały wątek, nikt by się tym nie przejął. Tymczasem mamy tu syndrom prequela „Cosia” – czyli wszystko toczy się niemal kropka w kropkę jak w oryginale, nie pozostawiając miejsca na element zaskoczenia. Może więc chociaż straszenie wypada przyzwoicie? Gdzieżby. O ile naprawdę nie macie fobii przed schematycznymi jumpscare’ami, prędzej będziecie marszczyć czoło, niż choć przez sekundę się bać.

Jeśli chodzi o aktorów, jest miotająca się w próbach uczynienia swojej bohaterki interesującą Ellen Page a za nią… dłuugo, długo pustka. Poważnie. W obsadzie znajdziemy co prawda wspomnianego już wcześniej, wcielającego się w posiwiałą wersję doktora House’a Kiefera Sutherlanda i kojarzonego z „Łotra 1” Diego Lunę, ale obaj do zagrania mają tyle co nic. Luna co prawda szwenda się po ekranie znacznie dłużej, nie jest to jednak tożsame z wnoszeniem czegokolwiek do filmu. O reszcie aktorów szkoda wspominać – bo nie dość, że postacie dostali do przepracowania miałkie, to i sami entuzjazmu ewidentnie nie wykazali.

Nie da się ukryć, że „Linia życia” miała (i nadal ma, jeżeli ktoś, kiedyś jeszcze raz postanowi wziąć się z nim za bary) rewelacyjny pomysł wyjściowy. To jednak tyle, co można pozytywnego na jej temat powiedzieć. Twórcom najwidoczniej nawet przez moment nie przeszło przez myśl, by wykorzystać go sposób twórczy bardziej, niż jako podstawa do kolejnego schematycznego straszaka. Zamiast po nową „Linię życia”, lepiej sięgnąć zatem po książkowy  „Tunel” Gary’ego Bravera. Też z pogranicza thrillera, też z podobną tematyką – a frajdy jednak zdecydowanie więcej.

Linia życia (Flatliners). Reżyseria: NIels Arden Oplev. Obsada: Ellen Page, Diego Luna, Kiefer Sutherland i inni. USA, 2017.
3.5
Linia życia (Flatliners). Reżyseria: NIels Arden Oplev. Obsada: Ellen Page, Diego Luna, Kiefer Sutherland i inni. USA, 2017.
Kategorie
kino / dvd
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz