kino / dvd

LIFE – szczypta terroru w kosmosie [recenzja]

Gorąca wciąż premiera horroru science fiction szwedzkiego reżysera Daniela Espinosy podnosi dwa kluczowe pytania dla znajdującego się od wielu lat  w wątpliwej kondycji gatunku. Bo czy naprawdę potrzebujemy kolejnego przedstawiciela kina grozy osadzonego w kosmicznej pustce? I co ważniejsze, czy ma on jakikolwiek potencjał, by wypromować dla szerokiej widowni nową jakość?

Niedaleka przyszłość. Orbitująca na ISS szóstka astronautów w niepokoju oczekuje na możliwość przechwycenia wracającej z Czerwonej Planety kapsuły zawierającej próbki marsjańskiej gleby. Już wkrótce, ku radości załogi i ekscytacji reszty świata okazuje się, że oprócz materii nieożywionej, kosmiczna sonda dostarczyła na pokład stacji coś jeszcze. Niemy zachwyt szybko przybierze barwy prawdziwego terroru, kiedy okaże się, że dowód na istnienie pozaziemskiego życia jest nie tylko wyjątkowo inteligentny ale i zdecydowanie niezbyt pozytywnie nastawiony w stosunku do bohaterów.

Rewelacyjne w „LIFE” jest w szczególności pierwsze kilkanaście minut. Począwszy od pędzącej ku astronautom przyszłej zguby, przez majestatyczne ujęcia ISS i Ziemi w akompaniamencie równie podniosłej ścieżki dźwiękowej Jona Ekstranda – do momentu pojawienia się planszy tytułowej, film Espinosy to pływająca wręcz w niezwykłości aury przełomowego naukowego odkrycia, nieustannie tykająca bomba zegarowa. Tylko tyle – a wystarczy by w dobrze wyposażonej sali kinowej, w „LIFE” zakochał się każdy miłośnik gatunku. Dalsza część seansu to już tylko wykładniczy wzrost napięcia, przynajmniej do kulminacyjnego momentu w którym nazwana tu pieszczotliwie „Calvinem” obca forma życia przechodzi do działania.

To też miejsce, w którym „LIFE” z wolna zaczyna wytracać osiągniętą na samym początku prędkość. O ile pierwsze minuty filmu Espinosy mogłyby posłużyć za modelowy przykład dla adeptów sztuki filmowej w dziedzinie płynnego budowania atmosfery nadciągającego z trzaskiem łamanych kości nieszczęścia, tak z biegiem czasu gęsty klimat bezpowrotnie zanika, ustępując miejsca dynamicznym, efektownym sekwencjom oraz co gorsza, mniej lub bardziej wyraźnym, scenariuszowym drogom na skróty. „LIFE” broni się co prawda świetnie wykreowaną, nieprzewidywalną i dzięki temu wzbudzającą autentyczną grozę wizją obcego, tylko po to jednak, by finalnie niemal z jej potencjału nie korzystać – za to w miarę seansu ledwie odhaczać kolejne punkty na wyrysowanej przez dziesiątki poprzedników mapie, ewidentnie tracąc przy tym na sile uderzeniowej. Biorąc pod uwagę, że za skrypt do filmu Szweda odpowiadają panowie Rhett Reese i Paul Wernick, którzy nie tak dawno malowniczo przywrócili „Deadpoolem” do łask kategorię R pośród komiksowych adaptacji, apetyt na przewagę suspensu nad dosłownością był zdecydowanie większy.

Nijak nie wpływa to jednak na samą intensywność doznań – przez całe dziewięćdziesiąt minut, „LIFE” pozostaje wysokooktanowym, rewelacyjnie zmontowanym kinem, na którym nie sposób się nudzić. Scenografia i CGI to w lwiej części przypadków absolutna czołówka, podobnie jak udźwiękowienie – świetne wrażenie robi zwłaszcza towarzysząca nam przez cały seans muzyka, która płynnie steruje tempem wydarzeń na ekranie. Nie mniej imponuje obsada, o której do tej pory większość filmów z gatunku mogła ledwie pomarzyć – Jake Gyllenhaal, Ryan Reynolds i Rebecca Ferguson to w końcu na ten moment ścisłe hollywoodzkie top. Co ważniejsze jednak, trzy sztandarowe nazwiska można postawić w „LIFE” na równi z Ariyonem Bakare, Olgą Dykhovichnayą i weteranem drugoplanowych ról, Hiroyukim Sanadą. Słowem, wszyscy załoganci dostają tu swoje pięć minut i wypadają autentycznie na tyle, na ile powinni.

Najnowszy film Daniela Espinosy to dzieło wybitnie nierówne. Fenomenalny początek równoważy się tu z pełną dynamiki, ale i paradoksalnie mniej emocjonującą częścią środkową i dyskusyjnym zakończeniem, które tylu widzów pokocha, co drugie znienawidzi. Efekt końcowy to niekoniecznie silący się na poważny przekaz i aspiracje, wyraźnie zainspirowany tuzami gatunku horror, wciąż potrafiący dostarczyć masę atrakcji –  pod warunkiem jednak, że potraktujemy go w kategoriach czysto rozrywkowych.

Stąd też i finalna, widniejąca w stopce ocena „LIFE”. Oddani, potrafiący wybaczyć pewne niedociągnięcia wielbiciele gatunku spokojnie mogą dodać do niej 5-10%, pozostali – tyleż samo odjąć. I dlatego dla mnie, jako rozpaczliwie silącego się na obiektywizm fana, te poniższe 70% wydaje się najbardziej sprawiedliwym wynikiem.

LIFE. Reżyseria: Daniel Espinosa. Obsada: Jake Gyllenhaal, Ryan Reynolds, Rebecca Ferguson. USA, 2017 (UIP) 70%

Kategorie
kino / dvd
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz