Monolith Films
kino / dvd

La La Land – Wściekłe psy musicalu [recenzja]

Po spektakularnym sukcesie „Wściekłych psów” i „Pulp Fiction” Quentina Tarantino, jak grzyby po deszczu powstawały gangsterskie filmy, bazujące na narracyjnych pomysłach reżysera. Nikomu podrobić się go jednak nie udało. Aż do teraz. Damien Chazelle swoim „La La Land” przenosi tarantinowską narrację i wrażliwość w kolorowy świat radosnego musicalu.

Ona – Mia (urocza Emma Stone), jest początkującą aktorką. Biega między jednym castingiem a drugim, pracując przy tym jako kelnerka. Marzy o sławie, ale póki co jedyne co dostaje to napiwki. On – Sebastian (Ryan Gosling, który po raz kolejny udowadnia, że bliżej mu do dawnych gwiazd kina, niż współczesnych), chce być jazzmanem i prowadzić własny klub. Póki co jednak, jego aktywność ogranicza się do stania pod knajpą oraz grania kolęd w restauracjach. Pierwszy raz spotykają się w ulicznym korku. Ona uczy się roli, on wścieka. Drugi raz widzą się, gdy szef restauracji wyrzuca Sebastiana z pracy, za granie jazzu w knajpie. Kiedy w końcu zaczną ze sobą rozmawiać, początkowa niechęć zamieni się w fascynację, a dwoje rozbitków życiowych zacznie wspólnie dryfować ku lepszemu życiu.

A zatem co ma ckliwy (bo „La La Land” jest ckliwe, nie oszukujmy się) rozśpiewany romans wspólnego z pełnymi okrucieństwa filmami Tarantino? Otóż dużo. Bardzo dużo. Chazalle bowiem całą konstrukcję swojego musicalu wywodzi w prostej linii z konstrukcji filmów Tarantino, gdzie hołd dla kina i sprawnie używane cytaty stają się filmowym językiem snującym nową opowieść. Z tym, że u Chazella nie mamy żonglerki cytatami z męskiego kina akcji, a cały wachlarz nawiązań do musicali. Już otwierająca scena tańca na autostradzie w swojej choreografii i układzie odnosi się do słynnego „Grease”. Potem jest tylko lepiej. „Parasolki z Cherbourga” spotykają się z „Deszczową piosenką”, „Panowie w cylindrach” z „Przygodą na Broadway’u”. W między tanecznymi i śpiewającymi scenami zaś Chazelle bawi się kinem w którym muzyka odgrywała kluczową rolę. A zatem mamy tu sceny rodem z „Rozmowy” Coppoli, ujęcia podkradzione z „Zagraj dla mnie Misty” i całej masy filmów, na które przeciętny widz nigdy nie patrzy przez pryzmat pojawiającej się w niej muzyki.

Jest zatem „La La Land” filmowym samplingiem. Historią opowiedzianą pożyczonymi scenami. Tyle, że twórca „La La Land”, podobnie jak Tarantino, używa cytatu, nie z braku wyobraźni a potrzeby wyznania miłości. Do kina, muzyki, opowieści, kolorów i sposobu opowiadania, którego dziś się nie uprawia. Pełnego czułości, w którym słodycz nie jest czymś niepożądanym, a nadającym ton całej opowieści. Tak było w złotych czasach musicalu, tak jest i tu.

Poza tym „La La Land” jest jeszcze jednym wyznaniem miłości – do miasta. Chazelle pokazuje tu Los Angeles, niemal jak Woody Allen, Nowy Jork. Czule i z pełną akceptacją wszechogarniającej brzydoty. Dlatego też mamy tu długie ujęcia pokazujące popękane ulice. Dlatego kamera delikatnie muska kiczowate elewacje i budynki, których lata świetności dawno temu minęły. Oto Los Angeles – miasto marzeń. Miasto spalonych słońcem ulic i domów w których nikt nie mieszka. Miasto pozbawione centrum. Składające się z ulic. Planów filmowych. Tanich knajp i drogich biur.

„La La Land” wywołuje u widzów skrajne emocje. Począwszy od absolutnego zachwytu, po skrajne marudzenie. Obie reakcje są zrozumiałe. Ten film skonstruowany jest tak, aby zachwycać. Celowo, z pełną premedytacją. Ale też i – w pełni udanie. A można przecież marzyć o filmie, który porwie widzów, a stworzyć zakalec. Marudzenie też ma swoje podstawy. Raz – „La La Land” jest filmem perfekcyjnym. Perfekcja może irytować. Dwa – wiedza na temat musicalu jest u nas znikoma i zazwyczaj ogranicza się do górnolotnego stwierdzenia Baz Luhrmann już to robił. Nie robił. Baz Luhrmann robi zupełnie inne kino.

Damien Chazelle znalazł swój sposób na musical. Sposób na wyznawanie miłości (do kina, miasta ale też i życia, bo przecież ten film to afirmacja życia i wszystkiego co przynosi). Tym sposobem jest cudownie skomponowany, poprowadzony i opowiedziany film. Majstersztyk. Dla marzycieli. Dla zakochanych. Dla wszystkich.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz