kino / dvd

Król Artur: Legenda miecza – nowa wersja Rocknrolli [recenzja]

Guy Ritchie porywa się na legendy arturiańskie. Anglosasi powiedzieli głośne „nie” i „Król Artur: Legenda miecza” został jedną z największych klap finansowych roku. A czy rzeczywiście nie warto go oglądać? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami.

Zarówno Guy Ritchie jak Król Artur nie mają szczęścia ostatnio do kina. Ritchie jeszcze nie podniósł się po porażce  „Kryptonim UNKLE”, zaś ostatnie filmowe opowieści o królu Arturze („Król Artur” z Owenem choćby) podobnie jak dzieło Ritchiego, mają wysokie pozycje na listach klap finansowych. Dlaczego zatem Warner Bros uznało, że pora na odświeżenie legend arturiańskich i powierzyło to zadanie Ritchiemu? Tu akurat odpowiedź jest dość prosta. Twórca „Porachunków” całkiem sprawnie poradził sobie z rewitalizacją Sherlocka Holmesa, a mając po swojej stronie połowę ekipy z tamtego filmu (czy raczej dylogii) istniała szansa, że projekt może się udać. Tyle, że się nie udał.

Finansowo Warner i Ritchie odczuwać będą tę klapę dość długo. Częścią winy za niepowodzenie filmu obarczono dziennikarzy, którzy w recenzjach wbili „Króla Artura” w ziemię. Czy słusznie? Wszystko zależy od tego jakiego filmu się spodziewano. Jeśli ktoś szedł na „Króla…” z nadzieją na wielkie historyczne widowisko (uwierzcie mi – są tacy, którzy w legendach próbują doszukiwać się prawd historycznych) – nie dziwi, iż poczuł się rozczarowany. Film Richiego bowiem to dynamiczna baśń fantasy okraszona  typowym humorem, jaki prezentuje w swoich filmach Ritchie od czasu „Porachunków”.

Tytułowy Artur jest zatem tu drobnym rzezimieszkiem, który wraz z grupką podobnych mu indywiduów załatwia ciemne interesy w wielkiej metropolii jaką jest Londonium. Kiedy przypadkiem odkryje, iż jako jedyny jest w stanie wyciągnąć wbity w skałę miecz Excalibur, życie naszego gagatka zmienia się – i to na gorsze. Dowiaduje się bowiem, że jest synem króla i musi pokonać występnego wuja. Kto inny zapewne poddałby się i uciekł do Szwecji (wikingowie odgrywają tu istotną rolę), ale nie Artur. Z pomocą równie pokręconych i balansujących na granicy prawa kolegów, Artur postanowi zaprowadzić porządek w królestwie.

To w zasadzie mogło się udać. Bandyckie żarty, szybki montaż, muzyka mieszająca w sobie klasykę ze współczesnością – z tych elementów składa się niemal każdy film Ritchiego. I niemal każdy jest dobry. Tu jednak obserwujemy poważną zniżkę formy. Żarty, po kapitalnym początku, zaczynają nużyć, tempo pada, a Richie zaczyna zjadać własny ogon. Nie jest to na szczęcie tak kuriozalne jak „Revolver” (z którego wypadła połowa scenariusza, przez co nikt do końca nie wie o co chodzi), ale daleko „Królowi Arturowi” nawet do poziomu drugiej odsłony przygód Sherlocka.

Reasumując – wielbiciele legend arturiańskim wkurzą się na marginalizowanie kluczowych postaci (Merlin, brak Morgany), szukający epickiego rozmachu zawiodą (film otwiera najbardziej wystawna scena bitwy), a fani „Przekrętu” poczują się ciut zawiedzeni poziomem żartów. W efekcie „Król Artur” jest taką nową wersją „Rocknrolli” – najsłabszego gangsterskiego filmu Ritchiego, ale nie tak złego, żeby nie dało się obejrzeć go w telewizji. Może być, ale jeśli naprawdę w waszym kinie nie grają już nic innego.

Król Artur: Legenda miecza (King Arthur: Legend of the Sword). Reżyseria: Guy Ritchie. Obsada: Charlie Hunnam, Jude Law, Djimon Hounsou, Eric Bana i inni. USA 2017. Ocena: 50%

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz