UIP
kino / dvd

Kot Bob i ja – (nie)rasowy polepszacz nastroju [recenzja]

Mówi się, że najlepsze historie pisze samo życie. Jeśli brać pod uwagę perypetie Jamesa Bowena i jego futrzastego przyjaciela, trudno się z tym nie zgodzić.

[quote align=right]Twórcy nie przesadzają z dosładzaniem rzeczywistości – mimo ciepłego tonu całości, „Kot Bob i ja” ukazuje też mroczniejsze strony egzystencji na skraju ubóstwa, nadając filmowi daleko bardziej realistyczny wydźwięk, niż jedynie kolejnej pokrzepiającej opowiastki.

James Bowen to bezdomny, uliczny grajek. Po wyjątkowo trudnym dzieciństwie, skłócony z rodziną, żyjący na granicy ubóstwa i uzależniony od heroiny, wydaje się podążać prostą drogą ku samozagładzie. Dopiero uśmiech losu i przychylność napotkanych na drodze życiowej osób spowoduje, że James zdecyduje się wziąć udział w terapii odwykowej i szansę na zamieszkanie pod dachem. I to właśnie tam, w jednym z socjalnych budynków nasz bohater spotka kogoś kto odmieni jego życie o sto osiemdziesiąt stopni. Bob, bo tak ów dumny przedstawiciel kotowatych zostanie mianowany, w podzięce za opiekę pomoże Jamesowi nie tylko przetrwać wyjątkowo trudny okres detoksu, ale i okaże się wiernym kompanem – a historia ich przyjaźni wkrótce zadziwi cały świat.

Wydana pod tytułem „Kot Bob i ja” książka swego czasu stała się światowym fenomenem, spędzając 76 tygodni na pierwszym miejscu listy bestsellerów brytyjskiego Sunday Timesa. Historia o tym, jak przyjaźń miedzy człowiekiem a zwierzęciem staje się kluczowym czynnikiem w poprawie bytu ich obojga zdobyła sympatię na tyle ogromną, by wydane zostało kolejne siedem powieści z udziałem dwóch panów, a w końcu i kinowa ekranizacja w reżyserii Rogera Spottiswoode’a, którą teraz mamy okazję oglądać w polskich kinach.

Filmowa wersja historii, to raczej kameralny przedstawiciel gatunku znanego jako feel-good movie. Opowieść twórcy „Jutro nie umiera nigdy” toczy się spokojnie, nie szarpiąc nerwów widowni niespodziewanymi fabularnymi twistami – tu na pierwszym planie mamy młodego, złamanego przez życie człowieka, który potrzebuje jedynie odrobiny ciepła i pomocnej dłoni (bądź kociej łapy), by spróbować podźwignąć się z kolan i być może ostatni raz zawalczyć o lepszy byt.

Występujący w roli Bowena, kojarzony choćby  z serialowego „Fortitude” Luke Treadaway ma sympatyczną aparycję i z miejsca zyskuje naszą przychylność, jednak prawdziwą gwiazdą widowiska pozostaje grający tu samego siebie Bob. Rudy kocur najzwyczajniej w świecie kradnie każdą scenę w jakiej się pojawia i wcale nie trzeba być sympatykiem kotów, by w wielu wypadkach zawitał na naszych ustach mimowolny uśmiech. Szczęśliwie twórcy nie przesadzają z dosładzaniem rzeczywistości – mimo ciepłego tonu całości, „Kot Bob i ja” ukazuje też mroczniejsze strony egzystencji na skraju ubóstwa, nadając filmowi daleko bardziej realistyczny wydźwięk, niż jedynie kolejnej pokrzepiającej opowiastki.

Pomimo tego, „Kot Bob i ja” to jednak przede wszystkim kawałek inspirującej walki człowieka o lepsze życie, przypominający nam ważną i jakże potrzebną w obecnych czasach rzecz – nikt z nas nie jest skazany na samotność i odrzucenie, a czasem wystarczy odrobina ludzkiej (i nie tylko) przychylności, by odmienić zły los. Jeśli więc szukacie filmu który może ogrzać was w zimowy wieczór, seans „Kota…” będzie ze wszech miar dobrym wyborem.

Kategorie
kino / dvd
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz