Warner Bros
kino / dvd

Koszmarne opowieści – Stephen King, George Romero i idealna dawka rozrywki [recenzja]

Warner Bros

Jedna z najlepszych filmowych antologii grozy obchodzi w tym roku trzydzieste piąte urodziny. „Koszmarne opowieści” Stephena Kinga i George’a Romero mimo swoich lat wciąż bawią i straszą.

Ten film powstał przez przypadek. W 1979 roku George A. Romero wraz z producentem Richardem Rubinsteinem przyleciał do Kinga, aby przedyskutować ekranizację „Bastionu”. King uznawał wówczas tę powieść za swoje opus magnum (choć ukazała się, jak wiemy, dość poważnie okrojona przez wydawcę), zaś George A. Romero był bohaterem jego młodości („Noc żywych trupów”, czyli debiut Romero, według Kinga zmienił historię współczesnego kina grozy) i jedynym reżyserem, który jego zdaniem mógł sprostać temu wyzwaniu.

Podczas rozmowy w trójkę doszli jednak do wniosku, iż aby zdobyć niezbędny na tak ogromną produkcję budżet (przypominam, że „Bastion” to fantastyczna powieść, której akcja toczy się w Ameryce zdziesiątkowanej przez tajemniczą zarazę) najpierw nakręcą film mniejszy i skromniejszy… Takie maleństwo, które dzięki wyobraźni Kinga i talentowi Romero zarobi dla nich na Bastion, a przynajmniej otworzy drzwi do dużych budżetów.

Ponieważ obaj wychowali się na groszowych magazynach pulpowych i podrzędnych komiksach grozy, postanowili oddać hołd tamtej estetyce – tak narodziły się „Koszmarne opowieści” (lub „Show kreatury”, bo film jest u nas znany także pod takim tytułem) – antologia filmowych nowelek grozy. W karierze Kinga ważna nie tylko ze względu na współpracę z Romero, ale również przez to, iż po raz pierwszy napisał on historie specjalnie na użytek filmu. Z pięciu nowelek, które wchodziły w skład filmu, tylko dwie oparte były na istniejących wcześniej opowiadaniach („Skrzynia” i „Samotna śmierć Jordie Verrilla”).

Oglądane dziś „Koszmarne opowieści” to przede wszystkim kawał świetnej zabawy. Być może wynikało to z faktu, iż obaj twórcy nie traktowali swojego filmu zbyt poważnie (w końcu miał być tylko tworem, który pozwoli im zebrać fundusze na prawdziwy film), a być może z miłości, jaką obaj darzyli krótkie horrorowe formy. W każdym razie „Koszmarne opowieści”, mimo iż pod względem technicznym bardzo się postarzały, wciąż uwodzą klimatem i lekkością. To taka blisko dwugodzinna, bezpretensjonalna żonglerka horrorowymi kliszami, tyle że z szelmowskim przymrużeniem oka. Zupełnie jakby twórcy zdawali się mówić do widzów: „Wydaje wam się, że nie pokażemy zombie-tatusia? To macie! Nie będzie potwora zjadającego jędzowatą żonę? A właśnie, że będzie!”.

Sam King nie ograniczył się tu tylko do funkcji scenarzysty, ale po raz pierwszy także wystąpił jako aktor (wcześniej co prawda zaliczył dwudziestosekundowe cameo na planie „Knightriders”, zapomnianym dziś, dość zabawnym filmie o motocyklistach i królu Arturze także w reżyserii Romero, ale trudno uznać to za rolę. I to w sporej roli, bo wcielił się w tytułowego Jordie Verrilla. Jak wypadł? Ujmę to tak – ta wiekopomna rola powinna raz na zawsze powstrzymać go przed wystąpieniami przed kamerą… Gdyby nie ironiczny wydźwięk nowelki, mistrz grozy zapewne pogrążyłby ją swoją kreacją.

Co ciekawe, na planie „Koszmarnych opowieści” debiutowało dwóch Kingów. Otóż w postać gnębionego przez ojca-tyrana chłopca wcielił się młodziutki Joe Hill, który towarzyszył ojcu na planie. W porównaniu do Kinga okazał się on lepszym aktorem, chociaż w dużej mierze wynikało to z tego, iż Stephen za bardzo się starał, zaś Joe był po prostu sobą, czyli małym, przestraszonym chłopcem, osaczonym przez wielki plan filmowy. Co ciekawe, obu Kingom ponoć zdarzało się schodzić z planu bez uprzedniego zdjęcia makijażu. Pewnego razu patrol policji zatrzymał pisarza i niemal oskarżył o znęcanie się nad dzieckiem, bo mały Joe… nie zmył z twarzy sztucznych siniaków.

„Koszmarne opowieści”, które kosztowały w efekcie osiem milionów dolarów, zarobiły ponad dwadzieścia i były hitem, na który obaj twórcy liczyli. Coś jednak poszło nie tak i do rozmów na temat „Bastionu” nigdy nie wrócili. Za to „Koszmarne…” zaczęły żyć własnym życiem. Doczekały się dwóch kontynuacji (z 1987 – której producentem i scenarzystą był Romero, King użyczył opowiadań, ale całość wyreżyserował Michael Gornick i z 2007 – która nie ma nic wspólnego z Kingiem, Romero, a z oryginałem łączy ją tylko sposób konstrukcji) i pilota serialu internetowego „Creepshow RAW” (nigdy nie ukończony). Warto dodać, że na fali popularności „Koszmarnych…” Romero wymyślił własny serial telewizyjny – „Opowieści z ciemnej strony”. Co ciekawe – jego kinowa wersja z 1990 uznawana jest za prawdziwe „Koszmarne opowieści 3”.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz