kino / dvd

Konwój – film, który nie wstrząśnie Polską [recenzja]

„Konwój” reklamowany jest jako film, który wstrząśnie Polską. Raczej małe są na to szanse.

Ponad dwa tygodnie po seansie „Konwoju” wciąż gnębi mnie myśl – co dokładnie się tu nie udało? Pomysł na fabułę bardzo dobry, świetni aktorzy w teoretycznie mających emocjonalnie angażować rolach, realizacyjnie też nie ma się zbytnio do czego przyczepić. I jeszcze społecznie i medialnie nośny temat, który sam z siebie prowokował do nieoczekiwanych fabularnych zwrotów, a przy okazji miał prawo zgrabnie manipulować sądami widzów –  zresztą dlatego „Konwój” ma w sobie coś z fabuł serialu „Czarne lustro”. I wszystko niby jest super i na swoim miejscu, a jednak coś w tej maszynerii zawiodło.

[quote align=’right’]W „Konwoju” zamiast powiedzmy potężnych, dwóch fabularnych ciosów, dostajemy ich długą serię, która w efekcie powoduje u widza zwykłe znużenie.

Idea jak mniemam była szczytna – nie chodziło jedynie o porządne, gatunkowe, w tym przypadku sensacyjne kino. Chodziło jeszcze o to, by poważnie potrząsnąć widzem, a bohaterów postawić przed nieuniknionymi moralnymi wyborami, które na zawsze zmienią ich życie. Jeśli takie połączenie zadziała, to możemy otrzymać sensacyjną fabułę z drugim dnem, wynoszącym film znacznie powyżej przeciętnej, jak powiedzmy w „Dniu próby”, z którym „Konwój” ma pewne cechy wspólne. Takie fabuły kocham w kinie najmocniej, ale z każdą minutą „Konwoju” zrodzone na początku uczucie stopniowo słabło.

Prosty tytuł mówi nam wszystko. Dostaniemy odmianę filmu drogi, surowe, męskie kino. Chodzi o przewiezienie ważnego i niebezpiecznego więźnia (z czasem okazuje się, że to pedofil) z aresztu do szpitala psychiatrycznego. W ostatniej chwili do załogi konwoju zostaje dołączony grany przez Roberta Więckiewicza Zawada, co u kierującego ciężarówką sierżanta Berga rodzi dość poważne wątpliwości – z prologu bowiem wiemy, że Zawada ma ze sobą poważne problemy. W tej jeździe przypadkowo bierze też udział młody funkcjonariusz, a przy tym mąż córki naczelnika aresztu, który za wszelką cenę chce chłopaka z konwoju usunąć. To z kolei oczywisty sygnał dla widza, że podczas przewożenia więźnia zajść musi coś nieoczekiwanego. Atmosfera z minuty na minuty gęstnieje, czujemy że musi dojść do jakiejś eskalacji, a gdy już przychodzi na nią czas, okazuje się, że to eskalacja pierwsza z wielu – i być może w tym właśnie tkwi problem „Konwoju”. Zamiast powiedzmy potężnych, dwóch fabularnych ciosów, dostajemy ich długą serię, która w efekcie powoduje u widza zwykłe znużenie. Czyli wiadomo co  zawiniło – po prostu konstrukcja, poczynając od sypiącego się w drugiej części filmu scenariusza.

Idea, powtórzmy, była szczytna. Zresztą udział w przedsięwzięciu Więckiewicza i Gajosa wskazywał na warte uwagi filmowe przedsięwzięcie. Szczególnie ten drugi, świadomie kopiując sposób gry z „Psów” i „Układu zamkniętego”, w rzeczywistości miał szansę zagrać w „Konwoju” jedną z najciekawszych i przewrotnych ról w karierze. Z czasem widz razem z bohaterami staje w moralnym rozkroku – aby zdradzić tego przyczynę, trzeba by niestety  ujawnić ważne dla fabuły rozwiązania. Podkreślmy, że ważną postacią filmu jest młody idealista, który gdy uświadamia sobie prawdziwy cel konwoju robi dokładnie to, czego można się po nim spodziewać. W filmie czuć nawet echa „Dwunastu gniewnych ludzi”, kiedy to bohaterowie dramatu usiłują przekonywać się nawzajem do swoich racji i miotają w swych ludzkich odruchach, co w efekcie prowadzi do coraz mniej realnych rozwiązań i decyzji. Idzie to wszystko w wyjątkowo mroczną, ponurą stronę ostatnio silnie obecną w polskim kinie, aż przekracza pewną granicę, po której fabuła zaczyna wyglądać mało wiarygodnie. Główny grzech tkwi tu w konstrukcyjnych błędach, na czele z budowaniem postaci – od początku szło to w złą stronę, przez co zmarnowano choćby kluczową figurę przewożonego więźnia. Szkoda.

Żal tym większy, bo gdy to wszystko poukładamy sobie po seansie w głowie, całość wydaje się mieć ręce i nogi, zawiodły po prostu wybrane, acz istotne warsztatowe rozwiązania. W efekcie, zamiast tej mającej przede wszystkim prowokować i przytłaczać (ale i budzić trochę otuchy decyzjami niektórych bohaterów) historii, pozostajemy z wrażeniem niepotrzebnego galimatiasu. Z filmu bardziej w pamięci zostaje obraz świetnie uchwyconej powiatowej, zapyziałej  Polski, pomysłowo zestawionej z mamiącymi światłami tej wielkomiejskiej. Kontrastu nie ma, wydają się mówić twórcy filmu, wszystko jest w naszym kraju tak samo przykre i dołujące. Chciałbym w przyszłości – po „Ostatniej rodzinie”, „Wołyniu”, „Jestem mordercą” i podsumowującym ów trend „Konwoju” – obejrzeć wreszcie jakiś bardzo dobry polski film z kinowej wagi piórkowej, a nie ciągle tak cholernie ciężkiej. Jak mógłby powiedzieć Bogusław Linda – chujowo się potem człowiek czuje, rzeczywiście jak po walce, poobijany duchowo, a po „Konwoju” już  nie wstrząśnięty, tylko z uczuciem przesytu. Proste życzenie – chciałbym w końcu poczuć się lepiej po wizycie w kinie na polskim filmie. Mam nadzieję, że uda się je szybko spełnić.

Kategorie
kino / dvd
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz