KINÓWKI.pl
kino / dvd

Kong: Wyspa czaszki – nowa wersja „Jądra ciemności” [recenzja]

„Kong: Wyspa Czaszki” to ciekawy, choć nie do końca udany eksperyment. Jego twórcy wpadli na pomysł karkołomny, który w finale ich przerósł. Ale trzeba przyznać – nie oddali pola bez walki.

Wszystko zaczyna się jak na porządny film o potworach przystało. Dwóch żołnierzy walczy na śmierć i życie. Ich pojedynek przerywa pojawienie się gigantycznej małpy. Tu następuje cięcie, a akcja przenosi się dwadzieścia lat wprzód. Ameryka wycofuje się z Wietnamu. Elitarny oddział „Podniebnych diabłów” dostaje od armii propozycję nie do odrzucenia. Albo wracają do domu, albo przetransportują grupę naukowców na tajemniczą wyspę ukrytą na oceanie pośród mgieł. Dla zawodowych żołnierzy decyzja wydaje się prosta. W towarzystwie pokręconych naukowców, byłego komandosa i pięknej pani fotografik ruszają odkryć wyspę. Nieszczęśni nie wiedzą, że niebawem poznają jej króla.

A zatem mamy standard popowej opowieści. Śmiałkowie w towarzystwie herosów ruszają do tajemniczego miejsca, które okaże się pełne niebezpieczeństw. Twórcy „Konga” ewidentnie jednak nie mieli ochoty ograniczać się tylko do powielania schematu. A jeśli już – chcieli zrobić to w sposób inny, zaskakujący. I to im się udało.

„Kong…” to bowiem nic innego jak nowa wersja conradowskiego „Jądra ciemności”. Począwszy od gier z nazwiskami bohaterów (jeden z głównych bohaterów to Marlowe), przez nawiązania fabularne (pościg za plotką, podczas gdy prawda okazuje się o wiele bardziej przerażająca) i motywacje bohaterów. Na tym nie kończy się zabawa z Conradem. Autorzy scenariusza bowiem, głównego bohatera nazwali Conrad, zrobili z niego Brytyjczyka (bo przecież nie Polaka) i nadali mu cechy pisarza. A będąc już przy „Jądrze ciemności” nie można pominąć oczywistej inspiracji „Czasem apokalipsy”. Począwszy od osadzenia akcji w Wietnamie, przez sekwencje w knajpach, po lot helikopterów i rozmowy żołnierzy – wszystko to pożyczono z arcydzieła Coppoli. Motyw żołnierza, który popada w obłęd także. I tu niestety znakomity pomysł na połączenie monster movie z psychologiczną opowieścią o żądzy władzy się rozpada, a „Kong…” upada.

Packard vel Kurtz vel Nick Fury popadając w obłęd i pałając żądzą mordu (ukierunkowaną na naszego poczciwego Konga) z fajnie napisanej postaci żołnierza, zamienia się w niezamierzoną karykaturę złego. Dlaczego? Bo tak naprawdę brakuje tu realnego źródła obłędu. Kong ze swoim dobrotliwym spojrzeniem, motywacją króla dżungli, nijak ma się do obsesji w jaką popadał Kurtz. Przez co kluczowa postać filmu w pewnym momencie zamiast przerażać – bawi.

Pytanie, dlaczego? Twórcy „Konga” odważyli się na rzecz o której dziś niewielu pamięta – przywrócenie monster movies poważnej tonacji. W czasach gdy powstawały takie filmy jak „Them!” czy pierwsza „Godzilla” filmy o potworach nie były przecież kiczowatą zabawą dla nieogarniętych umysłowo nastolatków, a kinem oczyszczającym. Mierzyły się z realnym lękiem społeczeństwa post-nuklearnego i opowiadając o potworach, tak naprawdę mówiły o obawach płynących z życia w świecie zagrożonym nuklearną katastrofą. Dopiero potem popkultura w swojej infantylności potwory, które sprowadzały oczyszczenie na widza zamieniły w potwory ogłupiające.

„Kong…” próbuje być powrotem do estetyki monser movies z lat 50. ubiegłego wieku. Problem polega na tym, że równocześnie, próbuje być popcornowym blockbusterem. I tu zabrakło albo odwagi producentów, albo talentu scenarzystom. Bo, że da się zrobić poważny popowy film w gatunku, który wydaje się być kompletnie wyeksploatowany – wiemy. Pokazał to choćby „Logan”. „Kongowi…” czegoś zabrakło. I tym sposobem przewrotny film o mierzeniu się z potworem zamienia się w bajkę z potworami. Zabawną, kapitalnie nakręconą, ale mimo wszystko sztampową*. Szkoda.

PS.

I tak rząd polski powinien teraz wystosować jakiś dziękczynne pismo do Hollywood. W końcu w ramach obchodów roku conradowskiego Warner Bros właśnie wydało 180 milionów na przypomnienie światu o postaci Jospeha Conrada.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz