kino / dvd

Kong: Wyspa Czaszki – powrót wielkiego króla? [recenzja DVD]

King Kong, czy raczej Kong, ma w tym roku dobrą passę. Najpierw pięknie błysnął w zabawnej animacji “Lego Batman: The Movie”, teraz doczekał się kolejnego rebootu. Tak, nie ma wątpliwości, że postanowiono odnowić jednego z najbardziej kanonicznych potworów. Czy to się udało?

Nim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, zobaczmy, co też otrzymaliśmy dzięki Jordanowi Vorg-Robertsowi i współpracującym z nim scenarzystami. Oto King Kong znów powraca na ekrany i to w wydaniu jakim go jeszcze nie widzieliśmy – nie dość, że w czasach niemal współczesnych, to jeszcze nikt nie próbuje udawać, że będzie tutaj budowane napięcie – chcecie Konga? Dostaniecie. Niemal na samym początku. A jak wytrzymacie nieco ponad kwadrans, to zobaczycie go w pełnej krasie, jak bez najmniejszych problemów radzi sobie z kawalerią powietrzną. I już ta scena staje się swego rodzaju symbolem, przez pryzmat którego należy przyjrzeć się temu filmowi. Znamienne, że chociaż Kong osiąga tutaj niebotyczne rozmiary, a dzięki nowoczesnej technologi wygląda naprawdę imponująco, to daleko mu do realistycznego wizerunku goryla, jaki zaproponował Peter Jackson w swoim remake’u z 2006 roku. Współczesny gigant wyglądem przypomina najbardziej oryginał z 1933 roku, dziką, człekokształtną kolosalną małpę. Tylko że Vorg-Roberts wracając do korzeni nie próbuje opowiedzieć ich na nowo jak Jackson. Nie serwuje opowieści o gigantycznym naczelnym, który zakochuje się w filigranowej blondynce i toczy śmiertelny bój z helikopterami na szczycie Empire State Building. Nowy Kong pozostaje obojętny na wdzięki Mason Weaver (Brie Larson), a z helikopterami rozprawia sie bezlitośnie na samym niemal początku. Jest panem swojej wyspy i w tym dzikim świecie to on stanowi siłę, przed którą trzeba się ukorzyć. Przynajmniej tak się wydaje do czasu, gdy nie poznajemy dalszych sekretów wyspy. I prawdziwej roli olbrzyma.

Jasnym więc staje się, że Vorg-Roberts postanowił dokonać swoistego resetu, a całą opowieść przeistoczyć w moralitet, który ma nawiązać do genialnego „Jądra Ciemności”. Żeby przypadkiem nikt nie przegapił tego mrugnięcia okiem, to główny bohater nazywa się James Conrad (Tom Hiddleston) a odnaleziony na wyspie mężczyzna to Hank Marlow (w tej roli jak zwykle świetny John C. Reilly). A jakby ktoś nie czytał książki, to akcję mamy w latach 70-tych ubiegłego wieku, w czasach konfliktu w Wietnamie i oddział doborowych żołnierzy pod dowództwem Prestona Packarda granego przez Samuela L. Jacksona. Jak widać, w największym skrócie, nowy Kong to miks „Czasu Apokalipsy” z „Zaginionym Lądem”, choć kilka scen zostało wręcz żywcem wyciętych i sparafrazowanych z ostatniego jak dotąd „King Konga” (vide rozrywanie szczęki kolosalnego monstrum). Jest więc zalążek fabuły, trochę humorystycznych scen, kilka takich, które w założeniu mają schwycić za serce i całe mnóstwo akcji, wielkich potworów, gargantuicznych pojedynków między nimi i zatrzęsienie znakomitych zdjęć. Mamy do czynienia ze skrzącym się od znakomitych efektów specjalnych filmem przygodowym, gdzie fabuła jest zasadniczo tylko usprawiedliwieniem do rozgrywającej się na scenie rozwałki gigantycznych monstrów. Fakt, twórcy próbują kilka razy schwycić widza za serce, ale robią to w sposób tak łopatologiczny, że człowiek zastanawia się, dla jakiej grupy wiekowej dzieło skierowano. Najlepszym dowodem niech będzie finał, który nazwać hollywodzkim to spore niedopowiedzenie. Czy to jednak źle? Niekoniecznie, w końcu „Kong: Wyspa czaszki” sprawdza się doskonale na polu rozrywki, a chyba o to przede wszystkim chodziło, prawda? To imponujące widowisko – efektowna nawalanka z pretekstową fabułą – wszelkie proporcje są idealnie wyważone. Na tyle, by spokojnie oczekiwać kontynuacji, zwłaszcza, że wizerunek Konga został bardzo ocieplony, niewątpliwie z myślą o powstającym uniwersum potworów. A że nijak ma to się to oryginału? Cóż… Takie czasy, że wielkie legendy zostają dostosowane do obecnych wymogów widza, albo upadają. Kong szczęśliwie stanął okrakiem.

Kronikarskim obowiązkiem niech będzie wspomnienie o dodatkach na DVD – kilka scen niewykorzystanych i krótki komentarz Toma Hiddlestona o plenerach. Niewiele, ale cieszy.

Kong: Wyspa Czaszki, scenariusz: Max Borenstein, Dan Gilroy, Derek Connolly, reżyseria: Jordan Vogt-Roberts, występują: Brie Larson, Samuel L. Jackson, Tom Hiddleston, John C. Reilly, USA 2017. Ocena: 65%

Kategorie
kino / dvd
Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, muzyk, redaktor, publicysta. Autor i współautor ponad dziesięciu zbiorów opowiadań m.in. "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Lek na lęk" (2011), cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (2013), "Pradawne zło" (2014), "Horror klasy B" (2015), oraz powieści "Miasteczko" (2015), "Zombie.pl" (2016), "Nienasycony" (2017). Muzyk zespołów Acrybia, Damage Case i Wilcy. Stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec trójki dzieci.

Dodaj komentarz